Wojna nuklearna

W pewnym momencie roku nasze myśli skręcają ku świątecznym przygotowaniom.

Zamykanie spraw, odliczanie dni do wolnego, zwężona uwaga, aby skupić się na tym, co tuż obok.

Informacyjny zgiełk świata, choć wciąż obecny, staje się jakby dalszy, jakby mniej pilny.

I właśnie w takich okolicznościach trafiłam na książkę, która wyciąga z tej miękkiej, przedświątecznej mgły tak brutalnie, jak zimny strumień wody wylany na twarz o poranku.

Przypomina, że świat nie zwalnia ani na chwilę, a to, co dla nas staje się priorytetem, dla wielkich sił i geopolitycznych napięć pozostaje jedynie sezonową dekoracją.

„Wojna nuklearna” – tak prosto, tak dosłownie.

Anne Jacobsen, nagradzana reporterka, z drobiazgową dokładnością opisuje ostatnie sześćdziesiąt kilka minut cywilizacji człowieka.

Minuta po minucie, zgodnie z procedurami ukrytymi w amerykańskiej „futbolówce” i rosyjskim „czegecie”:

co wydarzyłoby się, gdyby ktoś świadomie lub w szaleńczym błędzie uruchomił jedną głowicę atomową?

Świat nie miałby czasu na refleksję.

Reakcja nastąpiłaby zanim nadejdzie zrozumienie.

Czytając, myślałem o odpowiedzialności za słowo.

O kulturze politycznej, która potrafi rozniecać strach szybciej, niż iskra zapala lont.

O tym, że Kathryn Bigelow nawet w metaforze tytułem swojego filmu „Dom pełen dynamitu” potrafi uchwycić niebezpieczną lekkość decyzji podejmowanych nad przepaścią.

Przyznam, spodziewałem się, że po tej lekturze będę się bał bardziej.

A jednak ogarnął mnie dziwny, irracjonalny spokój.

Uświadomienie, że nasz wpływ na globalny los jest mniejszy, niż lubimy wierzyć… uwalnia.

Skupia na tym, co naprawdę jest w zasięgu naszych rąk, naszych rozmów, naszych codziennych gestów, bo jeśli kiedyś – oby nigdy – spełni się motto rosyjskich wojsk nuklearnych: „po nas tylko cisza”, nie będzie rozmów o zwycięzcach.

Ci, którzy nie znajdą się w samym środku wybuchu, będą nosić konsekwencje, których nie uniesie żadna cywilizacja.

Przetrwają nieliczni: prezydenci z własnymi bunkrami, miliarderzy – preppersi, ale nie przetrwa świat, który znamy.

Dlatego polecam tę książkę nie po to, by zwiększyć lęk.

A po to, by wyostrzyć świadomość, by troska o drobne sprawy nie znikała pod presją pośpiechu.

By pamiętać, jak ogromną wagę mają decyzje podejmowane „tu i teraz”.

Nawet te, które wydają się niezauważalne, od nich zaczyna się efekt kuli śniegowej.

Z jednym ważnym zastrzeżeniem:

osoby o wysokim poziomie lęku powinny się zastanowić, czy są gotowe zmierzyć się z konsekwencjami tej lektury.

Opisane scenariusze mają moc wywoływania przerażenia.

Dla wszystkich pozostałych, szczególnie tych, którzy podejmują decyzje w naszym imieniu, po lewej i po prawej stronie sceny politycznej – jest to lektura obowiązkowa.

„Wojna nuklearna”.

Polecam.

Z pełną świadomością, jak bardzo zmienia perspektywę na rzeczywistość, która nas otacza.

Przewijanie do góry