o nie jest film tylko o bramkarzu.
Nie jest też klasycznym dokumentem o sportowym herosie, który przeszedł drogę „od zera do bohatera”.
Nie ma w nim laurki, pomnika, ani taniego patosu (no… może odrobinę w narracji Mariny… 😉).
Jest za to opowieść o człowieku, który z zawodu jest sportowcem, ale w swej istocie jest przede wszystkim człowiekiem – z emocjami, z błędami, z dumą, z brakiem pokory i niewątpliwą wrażliwością pod fasadą wielkiego faceta.
Oglądałem „Szczęsnego” możliwie uważnie jak tylko potrafię, ponieważ od lat słucham jego wypowiedzi z wywiadów czy konferencji.
Słyszę w nich błysk inteligencji, ironię, poczucie humoru, ale też coś, co jest coraz dziś coraz rzadsze moim zdaniem – autentyczność.
W moim odczuciu to nie jest głos wykreowanego produktu medialnego, tylko człowieka, który coraz wyraźniej wie, kim jest, a jeszcze bardziej wie, kim nie chce być.
Dla mnie jako psychologa, ojca, syna, partnera, to film o prawie do bycia sobą.
O zgodzie na własne wybory i ich konsekwencje.
O umiejętności wzięcia odpowiedzialności za swoje decyzje, także te, które kosztowały dużo.
I o dojrzewaniu do świadomości, że jeśli naprawdę chcesz żyć po swojemu, musisz się pogodzić z tym, że nie każdemu się to spodoba.
Że autonomia zawsze ma swoją cenę, ale to dzięki niej możesz uczciwie powiedzieć patrząc sobie i wszystkim innym w oczy:
„to nie twoja, nie wasza wina i nie twoja, wasza zasługa, to moje życie.”
Film porusza jeszcze coś bardzo ważnego: relacje, które nas kształtują.
Jest ich pięć.
Z mamą: źródłem czułości, emocjonalnej inteligencji, bliskości, oparcia i poczucia emocjonalnego bezpieczeństwa.
Z żoną: partnerką, z którą buduje dorosłe życie i której oddaje kontrolę i sprawczość, tak ważną, bo ufa.
Z opiekunką landlorką Bobby, kobietą, która w londyńskim okresie jego dorastania stała się namiastką domu, relacyjną ostoją i bezpieczną przystanią w obcym świecie.
Z mentorem i trenerem Arsène’em Wengerem, który w okresie młodzieńczego rozwoju jako sportowiec i człowiek był figurą korekcyjną, dzięki relacji z dojrzałym mężczyzną, tak potrzebnym każdemu chłopcu w procesie budowania samodzielności i zaufania do siebie.
I wreszcie z ojcem czyli personą, która najwcześniej, najbardziej i na całe życie określa kierunek i proces stawania się mężczyzną przez każdego chłopca.
W przypadku Wojciecha Szczęsnego relacja z ojcem w moim odczuciu jest tą, która najbardziej rezonuje w filmie.
Bo jest nieobecna.
Bo jest pęknięta.
Bo jest pełna ciszy.
Gdy syn mówi: „Całe życie się ojca bałem”, a ojciec stwierdza: „Do 23 roku życia mieliśmy serdeczną relację”, to słychać tu nie tylko różnicę perspektyw, ale dwa zupełnie różne języki emocji.
To symboliczny obraz pokoleniowego pęknięcia pomiędzy ojcami wychowanymi w kulcie siły, dyscypliny i chłodu emocjonalnego, a synami, którzy coraz bardziej uczą się mówić o emocjach, lękach, tęsknotach.
Relacją, która – myślę sobie, przyglądając się historiom mężczyzn – ma charakter korekcyjny wobec braku wynikającego z trudnej relacji z ojcem, to więź z trenerem i mentorem Arsenem Wengerem, pod którego skrzydła Wojciech trafił w wieku 16 lat.
Sam, w obcym kraju i kulturze.
W okresie dorastania, w którym figura dojrzałego mężczyzny, towarzyszącego w rozwoju, jest niezwykle istotna.
Pomimo rozczarowań, o których film wspomina, to relacja, która pokrzepia i uczy balansu pomiędzy wsparciem a wymaganiem, akceptacją a konstruktywną krytyką.
Jak sam bohater mówi: „Miałem w pewnym okresie życia za dobrze i musiałem dostać po dupie. To było potrzebne.”
I choć to zdanie brzmi surowo, w istocie opowiada o czymś bardzo zdrowym psychicznie: o krytyce, która płynie z troski, a nie z chłodu emocjonalnego.
To różnica pomiędzy stawianiem granic a karaniem, pomiędzy rozwojową konfrontacją a dominującą krytyką, która osłabia czy wręcz zabija relację i wieź emocjonalną.
I o tym też jest dla mnie ten film: o znaczeniu spotkania przynajmniej jednego mądrego, dojrzałego mężczyzny, który potrafi towarzyszyć z równowagą pomiędzy siłą a wrażliwością.
I może właśnie w tym jest najciekawszy, psychologiczny sens tego filmu, że w życiu Wojciecha Szczęsnego to kobiety w największym stopniu stały się źródłem bezpieczeństwa, akceptacji i emocjonalnego ukorzenienia, a nie mężczyźni.
On sam mówi w filmie: „Miałem w życiu wiele kobiet” – żartobliwie, z charakterystycznym dla siebie czarnym humorem i autoironią, ale pod tą ironią słychać coś głębszego, że kiedy brakuje emocjonalnej obecności ojca, naturalnym mechanizmem jest szukanie pierwiastka czułości i relacyjnego spokoju właśnie w kobietach.
To one uczą bliskości, empatii, dotyku, emocjonalnego alfabetu.
I to one, paradoksalnie, często pomagają chłopcom dorosnąć do dojrzałego człowieczeństwa wchodząc w męskie buty, na tyle na ile potrafią, choć oczywiście nie zastąpią ojca, dziadka czy dojrzałego wychowawcy.
„Szczęsny” to nie film o piłce.
To film o relacjach, które kształtują, i o tych, których brak też kształtuje.
O dorastaniu do wolności, o odzyskiwaniu głosu i o tym, że męskość może być jednocześnie silna i wrażliwa.


