Smashing mashine – recenzja psychologiczna

Mam swój rytuał, do którego wracam jak tylko mogę – poranne seanse w kinie.

Pusta sala, kawa w dłoni i cisza, w której można naprawdę zobaczyć film, a nie tylko go obejrzeć.

Tym razem padło na premierę „The Smashing Machine”, biograficzny dramat sportowy opowiadający historię Marka Kerr’a jednego z pionierów MMA, legendy wczesnego UFC.

Film, w którym Dwayne „The Rock” Johnson pokazuje zupełnie inne oblicze: nie herosa kina akcji, ale człowieka z krwi i kości.

Na pierwszy rzut oka to film o walce, o twardych facetach, sile mięśni, krwi, potu i rywalizacji, ale w istocie to bardzo dobry film psychologiczny, ponieważ mówi o emocjach mężczyzn.

O tym, co dzieje się w środku, gdy świat oczekuje, że będziesz twardy jak skała.

O tym, jak cienka jest granica między siłą a kruchością, między kontrolą a upadkiem.

Mark Kerr, tytułowy „Smashing Machine”, to bohater, który przez lata uosabiał ideał męskiego wojownika.

Zdeterminowany, silny, niezłomny, a jednocześnie człowiek, który wewnątrz nosi ogromny ból, lęk, samotność.

Ten film to portret „mężczyzny żółwia”, twardego na zewnątrz, bo w środku jest miękki, wrażliwy, podatny na zranienie.

W terapii często spotykam takich mężczyzn: zbudowanych z siły, wyników, osiągnięć, ale w środku głodnych akceptacji, miłości, bezpieczeństwa.

„The Smashing Machine” pokazuje, jak brak języka emocji potrafi zrujnować życie.

Jak nieumiejętność nazwania bólu przeradza się w uzależnienie, w tym przypadku od opioidów.

Jak depresja mężczyzny maskuje się pod postacią gniewu, izolacji, kompulsywnego treningu.

To obraz męskiej depresji maskowanej, takiej, która nie płacze, tylko trenuje jeszcze mocniej. Nie prosi o pomoc, tylko walczy dalej, aż do wyczerpania.

To także film o bliskości między mężczyznami.

Nie tej rywalizacyjnej, ale tej prawdziwej, szlachetnej, czułej, pełnej solidarności.

Widzimy wojowników, którzy w oktagonie walczą jak w dżungli, a po walce potrafią się objąć, wesprzeć, być przy sobie w najciemniejszych momentach.

Ten kontrast – brutalność i czułość – to kwintesencja męskiej emocjonalności. Tego, że siła nie wyklucza wrażliwości, a czułość nie odbiera męskości.

„The Smashing Machine” to więc nie tylko film o sporcie.

To film o cenie, jaką płacimy za tłumienie emocji, o tym, że męskość bez kontaktu z uczuciami staje się pancerzem, w którym trudno oddychać.

I o tym, że nawet najbardziej „twardzi” mężczyźni potrzebują bliskości, zrozumienia i języka, który pozwala mówić o tym, co boli.

Polecam ten film nie tylko fanom sportu, ale wszystkim, którzy interesują się psychologią mężczyzn, emocjami i kryzysem tożsamości w kulturze siły.

To kawał dobrego kina i jeszcze lepszej psychologii.

Dwie godziny, które zostają pod skórą.

Przewijanie do góry