Kiedy robię coś ze swoim dzieckiem i dla swojego dziecka, to zawsze staram się zaprosić tę część mnie, która wciąż pamięta, jak to jest dzieckiem być.
Tę część, która cieszy się bez powodu, śmieje się z byle czego, potrafi się zdziwić, zdumieć i zafascynować.
Bo gdzieś pomiędzy obowiązkami, odpowiedzialnością i dorosłością łatwo zgubić kontakt z tym żywym, spontanicznym kawałkiem siebie.
Tym, który nie kalkuluje, tylko przeżywa.
Który nie boi się ubrudzić, pobiec bez celu, ani zapomnieć o czasie.
Kiedy więc robimy coś mądrego intelektualnie albo zupełnie spontanicznie i „nieodpowiedzialnie” – coś, co poszerza wrażliwość, sprawdza granice ciała, uczy odwagi i pokazuje relację między lękiem a ciekawością – staram się, aby obok dorosłego, odpowiedzialnego za własne dziecko mężczyzny, usiadł też ten chłopiec, którego tak dobrze pamiętam.
To on przypomina mi, że prawdziwa bliskość nie rodzi się z kontroli, tylko ze wspólnego doświadczania.
Że dzieci nie potrzebują idealnych rodziców, ale obecnych – takich, którzy potrafią się bawić, zachwycić i dać się ponieść chwili.
Dziś jest taki dzień.
Nie pracuję, bo świętujemy imieniny i bawimy się ile fabryka dała, bo czasem weekend przypada w poniedziałek, a sylwester w sierpniu.


