Na tej łódce wszystko miało znaczenie, bo było po raz pierwszy i w związku z tym nie liczyło się nic z tego, co zazwyczaj.
Nie chodziło o technikę. Nie o to, jak dobrze jest zaknagowana lina, jak pewny chwyt na sterze, jak płynne buchtowanie. Chodziło o coś, czego nie uczy się z instrukcji: o bycie razem w działaniu. O obecność. O zaufanie.
Na zdjęciu dziadek i wnuk. Dwie dłonie, dwa światy, dwa tempa. Dojrzały mężczyzna z doświadczeniem i spokojem. Młody chłopiec z ciekawością i nieskoordynowanym zapałem spontanicznego odkrywcy życia. Obserwowałem ich z poruszeniem. Jak dwa pokolenia mężczyzn budują coś więcej niż więź, budują most emocjonalny, który daje chłopcu poczucie: „mam kogoś, kto mnie widzi i nie ocenia”, bo tylko wtedy chłopiec uczy się, że męskość to nie siła bez uczucia, ale odwaga w wyrażaniu siebie i że nie chodzi o „bycie kimś”, ale o bycie sobą – w relacji, w działaniu, w świecie.
„To się robi tak.”, „nic się nie stało.”, „dasz radę.”, „pokażę Ci, a potem zrobisz sam.”, „dobrze Ci idzie.”, „jestem tu.”
Te komunikaty – pozornie proste – są fundamentem emocjonalnego bezpieczeństwa chłopca. Nie jako teoria. Jako codzienna praktyka obecności, ale potrzebuję napisać to najbardziej dobitnie i jasno: w Polsce przez pokolenia nie było komu tego uczyć.
Przecież w naszym zbiorowym doświadczeniu kulturowym i obyczajowym przeciętny polski mężczyzna ginął na wojnach i powstaniach i był nieobecny w rodzinach, choć obecny w legendach i mitach założycielskich, pracował ponad siły, znikał w hutach, kopalniach, zakładach pracy ucząc swoich synów i córki, że „trzeba zapieprzać”, ale nie jak się zatrzymać, a potem przedwcześnie umierał wyeksploatowany z energii życiowej i zdrowia, pił, bo nikt nie uczył go regulacji emocji, a alkohol był głównym i akceptowanym społecznie sposobem, by uciszyć wstyd, złość, strach, dać rozluźnienie i zmniejszyć stres, milczał, bo tak go wychowano, bo przecież płacz czy czułość oznaczały słabość, był obok, ale nie z dzieckiem, zamknięty w sobie, spięty, agresywny lub całkowicie odcięty, schowany w garażu, jakimś kantorku albo warsztacie czy na ławeczce pod blokiem sam lub pośród innych mu podobnych albo po prostu uciekał od rodziny, odchodził z różnych powodów związanych z męskością: z niedojrzałości, lęku przed odpowiedzialnością, dążeniem do przyjemności, traumą własnych doświadczeń rodzinnych i wielu innych.
Zatem od kogo chłopiec miał się nauczyć, jak być mężczyzną?
Od nieobecnego fizycznie ojca? Od chłodnego dziadka, który nigdy nie spojrzał z czułością? Od szkoły, która promowała posłuszeństwo w modelu pruskim albo przemocowe wymuszenia w hierarchii w relacji nauczyciel – uczeń?
Od matki, która choć kochająca, nie mogła nauczyć go męskości, bo to nie jest jej rola i to żadna ujma. Kobieta może nauczyć dziecko, jak być człowiekiem, ale nie jak być mężczyzną. Tak samo jak mężczyzna nie nauczy dziewczynki jak być kobietą, bo tu nie chodzi o umiejętności, ale o tożsamość, spójność, uczenie się przez obserwację i wspólne doświadczenia bliskości.
I dlatego dziś tak bardzo potrzebujemy mądrej męskiej transformacji, bo wielu z nas nie miało wzorców. Dlatego możemy je stworzyć tu i teraz, dla siebie, dla synów, dla wnuków.
Nie przez ideały, a przez obecność, uważność, codzienność.
Przez to, że zaczniemy być tacy, jakich sami kiedyś mężczyzn w swoim dorastaniu potrzebowaliśmy.
Mój syn ma to szczęście. Ma wokół siebie dobrych mężczyzn. Dziadka, pradziadka, wujków, kuzynów.
Często ich naśladuje, wyrusza z nimi w świat. Coraz częściej już nie z mamą czy tatą, ale z nimi.
I to nie świadczy o naszej stracie. To świadectwo jego zaufania, odwagi i bezpieczeństwa emocjonalnego w gronie swojej wioski emocjonalnych wojów, nauczycieli różnorodności męskich zachowań, mistrzów uczenia się przez działanie i współpracę.
Piszę to jako facet, który miał to szczęście mieć w swoim życiu co najmniej kilku męskich mentorów i mistrzów dawania przykładu, a nie wykładu.
Męskość wykuwa się w relacji, w bliskości, w działaniu obok kogoś, kto nie tylko wymaga i jest surowym krytykiem, ale przez bliskość, która akceptuje proces uczenia się i błędy jako część doświadczenia i ze spokojem im towarzyszy.
Jeśli szukacie ilustracji filmowych, które o tych międzypokoleniowych procesach opowiadają, to polecam:
„Odlot” – o tym, jak starszy i młodszy uczą się od siebie,
„Gran Torino” – o męskości, która przestaje być twarda, a staje się odpowiedzialna,
„Człowiek zwany Otto” – o cichej obecności i towarzyszeniu,
„Le Petit Nicolas” – o tym, że dzieciństwo i męskość buduje się z codziennych rytuałów.
I w książkach:
„Chłopiec, kret, lis i koń” – o łagodności i wsparciu bez warunków,
„Jak wychować chłopca?” – o potrzebie męskich figur w rozwoju,
„Cień ojca” – o tym, co dziedziczymy i co możemy uzdrowić,
„Ojciec – opowieść o relacji” – o ojcach i synach,
„Z rzeczy pierwszych” – o sensie budowanym przez relacje i stratę.
Jeśli jesteś dziś ojcem – posiej obecność, zaangażowanie, akceptację.
Jeśli jesteś dziadkiem – bądź bezpiecznym portem.
Jeśli jesteś facetem, który sam dorastał bez wzorca – bądź takim mężczyzną, jakiego sam kiedyś potrzebowałeś ucząc się tego w obecności i towarzyszeniu innych mądrych emocjonalnie mężczyzn (przyjaźń, terapia, męskie kręgi).
Bo nawet jeśli Twojego ojca nie było, Ty możesz być i to już jest bardzo dużo, żeby przerwać międzypokoleniową ciszę i zacząć mówić nowym językiem:
„Jestem tu. Zrobimy to razem. Dobrze Ci idzie.”
❤️


