Dziś mija 14 lat od czasu, kiedy sformalizowaliśmy nasz związek.
Uśmiecham się, pisząc „sformalizowaliśmy”, bo wiem, że ta formalność choć społecznie dla wielu znacząca, to jest w tym wszystkim dla mnie najmniej ważna.
Przecież nie od podpisu w urzędzie zaczęła się bliskość.
I nie od aktu prawnego zależy, czy wciąż będziemy chcieli razem iść przez życie.
To, co mnie dziś w tę symboliczną datę bardziej porusza, to nie fakt, że to już czternaście lat, ale pytanie:
Co sprawia, że to wciąż ma sens?
Że nadal się spotykamy, nie tylko przy stole, ale i w spojrzeniu, w słowie, w ciszy, w uważności?
I że to nie jest „trwanie z rozpędu”.
Nie z lęku przed samotnością.
Nie dlatego, że „już tyle razem, to szkoda by było kończyć”.
Nie dlatego, że tak radziły ważne osoby, te wszystkie suflerki i suflerzy, którzy chcieli „dla nas dobrze”
Nie dlatego, że „on to dobra partia”, czy „on nie jest dla Ciebie” albo „z nią Ci będzie lżej” lub „po co się przywiązywać”.
Nie dlatego, że tak trzeba, bo inni dają sobie prawo do mówienia co jest dla mnie lub dla niej dobre, choć za nas życia nie przeżyją.
Tylko dlatego, że… chcemy.
Z wyboru.
Codziennego.
Świadomego.
Współdzielonego.
I dziś, korzystając z tej osobistej rocznicy, chcę się z Wami podzielić trzema psychologicznymi filarami, które zarówno w moim życiu prywatnym, jak i w pracy z parami widzę jako kluczowe dla budowania żywej, autentycznej i stabilnej relacji.
Nie relacji „doskonałej”, tylko relacji żywej, zmiennej, pełnej różnic i napięć, ale karmiącej i rozwijającej.
1. Autonomia
Brzmi paradoksalnie, prawda?
Bo przecież związek to bliskość, ale jak pokazuje choćby Brené Brown w książce „Potęga wrażliwości” głębokiej więzi nie da się zbudować bez pielęgnowania swojej autonomii.
Autonomia to nie jest oddzielenie się.
To zdolność do bycia przy sobie nawet wtedy, gdy jestem blisko kogoś innego.
To umiejętność mówienia „tak” i „nie” w zgodzie ze sobą.
To dbałość o swoje granice. Po to, by nie musieć ich potem gwałtownie bronić.
Bez autonomii relacja prędzej czy później zamienia się w układ zależności.
A w zależności nie ma bliskości.
Jest kontrola albo podporządkowanie.
To właśnie autonomia daje nam zdolność do prawdziwej obecności, bo nie jesteśmy w relacji z konieczności, ale z wyboru.
Nie z lęku, ale z otwartości.
Nie z przymusu, ale z tęsknoty za bliskością.
2. Kompetencja (czyli rozwój)
Związek nie powinien być miejscem, gdzie „już wszystko wiadomo”.
Powinien być przestrzenią twórczego napięcia, różnicy, inspiracji, rozmowy, czasem kłótni, czasem spotkania, które otwiera nowe obszary nas samych.
Czerpię tu z koncepcji Edgara Morina i Daniela Sterna, którzy mówią o relacjach jako polu współwymiany i samorozwoju.
Kiedy para daje sobie przestrzeń na rozwój, to każde z osobna rośnie, a razem tworzą coś więcej niż suma ich części.
W dojrzałych relacjach ludzie nie wyrzekają się siebie dla spokoju.
Nie tłumią swoich potrzeb, wartości, różnic. Uczą się jak je wyrażać i jak słuchać drugiego bez konieczności natychmiastowego „zgadzania się” lub „naprawiania”.
Nie chodzi o idealne dopasowanie.
Chodzi o umiejętność regulowania różnic.
3. Więź
Nie każdy kontakt tworzy więź.
Więź emocjonalna jak pokazują badania Johna Bowlby’ego czy Sue Johnson powstaje wtedy, gdy spełnione są trzy warunki:
Obecność. Zaangażowanie. Intymność.
Obecność to nie tylko bycie obok.
To bycie z kimś.
Świadome, nieprzerywane przez scrollowanie, rozproszenie czy automatyzm.
To zdolność do zatrzymania się i zobaczenia drugiej osoby na nowo.
Zaangażowanie to coś więcej niż obecność.
To wejście w relację.
Bycie ciekawym, jak ta druga osoba się dziś ma.
Co ją porusza, co boli, z czym się zmaga.
A także: co ja czuję w odpowiedzi.
Intymność rozumiana nie tylko jako bliskość fizyczna, ale jako emocjonalna gotowość do odsłonięcia się.
Do pokazania swojej wrażliwości.
Tego, co niepewne.
Co kruche.
Tylko wtedy – jak pisał Erich Fromm – miłość staje się decyzją, postawą, a nie tylko uczuciem.
Dziś mija 14 lat od naszego „tak”, ale nie to „tak” jest najważniejsze.
Ważniejsze są te codzienne „tak”, które pojawiają się, kiedy jesteśmy zmęczeni, pokłóceni, zniecierpliwieni, kiedy się mijamy, a potem spotykamy.
To te „tak” tworzą relację.
Zmienną, ale stabilną jakkolwiek paradoksalnie to brzmi, to tak właśnie jest.
Czasem trudną, ale żywą.
Nieidealną, ale prawdziwą.
Życzę Wam i sobie właśnie takich miłości.
Takich obecności.
Takich autonomii, które nie oddzielają, ale pozwalają się spotkać.
Takich relacji, które pozwalają się rozwijać, bez konieczności porzucania siebie.
Z serdecznością i wdzięcznością.


