Norymberga

Po seansie „Norymbergi” z premierą w listopadzie zostałem z poczuciem braku i głodu jednocześnie.

Głodu rozmowy o odpowiedzialności.

Głodu kina, które nie ucieka przed trudnymi pytaniami.

Głodu sztuki, która nie redukuje historii do kolejnego popkulturowego uproszczenia ze względu na walkę o masowego widza z popcornem w rękach i wypiekami na twarzy mającego doświadczyć enocjonalnej ekscytacji bez męczącego intelektualnie wysiłku.

Dlatego przypomniałem sobie „Proces w Norymberdze” z 1961 roku jako detoks dla umysłu, emocji i wrażliwości.

I nagle znów doswiadczyłem tego jakże przyjemnego odczucia, że kino może myśleć, może dociekać, może rozliczać, nie zniżając się do banału i jednowymiarowej narracji.

W filmie Stanleya Cramera każdy dialog jest rozprawą o etyce, moralności i człowieczeństwie, a każda postać symbolizuje doświadczanie i konsekwencje mormalizowania zła.

I nie jest przypadkiem, że twarze tej opowieści należą do ludzi, których życiorysy są splecione z historią XX wieku:

Marlena Dietrich i moralna odwaga nonkonformistki, która odmówiła Hitlerowi i śpiewała na frontach aliantów.

Maximilian Schell, syn rodziny, która uciekała przed nazizmem do Szwajcarii, a jego oscarowa rola obrońcy zbrodniarzy jest próbą zmierzenia się z pytaniami o rolę prawa w relacji do prawdy i sprawiedliwości.

Spencer Tracy, człowiek głęboko zaangażowany w opór wobec totalitaryzmów, wierzący w etyczny fundament prawa.

Burt Lancaster, przeciwnik autorytaryzmu, tu wcielający się w kogoś, kto zdradził swoje sumienie w imię „systemu”.

Ich życiowe wybory dodają filmowi moralnego ciężaru, którego tak zabrakło mi we współczesnej „Norymberdze”, gdzie narracja zamiast odsłaniać złożoność dziejów, zamyka się w efektownej, ale powierzchownej figurze konfrontacji „psychika kontra zbrodnia”.

Kiedy zestawimy oba filmy, otrzymujemy bardzo symboliczny obraz naszej kultury:

Dawniej: potrzeba głębokiego rozumienia zła, wielowymiarowej analizy odpowiedzialności, moralnego rachunku sumienia całych instytucji.

Dziś: komunikat skracamy do jednego memicznego morału, do „120 znaków”, do uproszczonego przesłania, które nie wymaga ani wiedzy, ani refleksji.

A przecież nazizm nie zwyciężył dzięki potworom.

Zwyciężył dzięki ludziom w togach, urzędnikom, którzy uznali, że można odwrócić wzrok.

Dzięki zwykłym obywatelom, którzy przestali pytać.

Dzięki językowi, który rozbroił wrażliwość i zamienił człowieka w statystykę.

I to jest lekcja ponadczasowa.

„Proces w Norymberdze” uczy, że przemoc zaczyna się od słów.

Od rozmywania granic etycznych.

Od przyzwolenia na nienawiść, bo „takie mamy czasy”.

Uczy też, że odpowiedzialność nie ma daty ważności i że historia wraca wszędzie tam, gdzie ludzie przestają bronić podstawowych wartości.

Dlatego dziś, w świecie szybkich opinii i filmów bez pamięci warto wrócić do klasyku z 1961 roku.

To kino, które wymaga pracy: emocjonalnej, intelektualnej, moralnej.

Kino, które zostaje w człowieku.

Kino, które przypomina, że psychika ludzka, władza i manipulacja nie znają końca historii.

Polecam.

Norymberga

Przewijanie do góry