W swojej pracy bardzo często spotykam się z kobietami, mężczyznami i parami, którzy w relacjach płciowych: partnerka – partner, żona – mąż doświadczyli rozczarowań, zawstydzenia, cierpienia i bólu.
To doświadczenia zdrad, porzuceń, braku troski, ale też przemocy: fizycznej, emocjonalnej, seksualnej, symbolicznej.
Czasem są to historie zaniedbań, które przez lata nie dawały oparcia w poczuciu bezpieczeństwa.
U ich źródeł niejednokrotnie kryje się coś, co możemy nazwać nienawiścią wobec płci przeciwnej.
To zjawisko ma wiele twarzy.
Jedną z nich jest pragnienie odwetu, chęć wyrównania rachunków, oddania cierpienia, którego samemu się doświadczyło.
Psychologia dobrze opisuje ten mechanizm: ktoś, kto długo był w roli ofiary, aby odbudować poczucie siły, nieświadomie zaczyna odgrywać rolę kata.
Tak działa koło przemocy: doświadczenie bólu i krzywdy staje się paliwem do dalszego ich zadawania.
Dwa pojęcia, które pozwalają zrozumieć ten proces, to mizoginia i mizoandria.
Mizoginia – systemowa nienawiść wobec kobiet
Mizoginia (od gr. misos – nienawiść, gynē – kobieta) to postawa nienawiści i pogardy wobec kobiet. Jest jednym z najważniejszych pojęć w badaniach nad kulturą patriarchalną i nierównościami płciowymi.
Dlaczego właśnie mizoginia funkcjonuje tak powszechnie?
Ponieważ ma charakter systemowy, zakorzeniony w wielowiekowym patriarchacie.
Przez stulecia mężczyźni – dzięki sile fizycznej, ekonomicznej i politycznej – mieli przewagę nad kobietami.
Ta przewaga prowadziła do ich uzależnienia i podporządkowania, degenerowała rozwój i osłabiała poczucie wartości.
Z pokolenia na pokolenie utrwalało się przekonanie, że kobiety należy traktować protekcjonalnie, wymuszać uległość i dostosowanie do zdania mężczyzny, który rości sobie prawo do racji i do prawdy.
Mizoginia nie była jedynie relacją jednostkową.
Została wbudowana w cały system społeczny i kulturowy: w literaturę, prawo, obyczaj, religię, edukację.
Była przekazywana zarówno przez mężczyzn do mężczyzn, jak i przez kobiety do kobiet, które – jako część systemu – także powielały patriarchalne wzorce.
Dlatego mizoginia ma charakter historyczny i strukturalny.
To ona legitymizowała przez wieki podporządkowanie kobiet.
I dlatego, mimo emancypacji, ruchów feministycznych, rosnącego równouprawnienia, wciąż jest obecna często w zawoalowanej formie, ale widoczna szczególnie tam, gdzie świat mężczyzn konfrontuje się ze zmianą.
Widzimy ją w języku, w relacjach zawodowych, w polityce, w życiu prywatnym.
Dziś często staje się wręcz reakcją obronną wobec rosnącej autonomii kobiet: im bardziej kobiety walczą o równe prawa, tym bardziej część mężczyzn (ale też część kobiet, które trwają w patriarchalnym schemacie) reaguje agresją, by utrzymać dotychczasowy porządek.
Mizoandria – indywidualna nienawiść wobec mężczyzn
Drugim pojęciem jest mizoandria (od gr. misos – nienawiść, anēr/andros – mężczyzna), czyli nienawiść wobec mężczyzn.
Na pierwszy rzut oka wygląda jak odbicie lustrzane mizoginii.
Jednak w praktyce psychologicznej widzimy, że mizoandria ma zupełnie inny charakter nie systemowy, lecz raczej indywidualny.
Najczęściej rodzi się ona w doświadczeniach z najbliższymi mężczyznami w rodzinie pochodzenia.
To przede wszystkim ojciec: pierwszy i najważniejszy mężczyzna w życiu dziewczynki.
Jeśli ojciec był przemocowy, nieobecny, chłodny, obojętny albo bagatelizujący potrzeby, może to głęboko zniszczyć poczucie bezpieczeństwa i kształtować przekonanie, że „mężczyźni są źli”.
Podobnie działa przemoc ze strony brata, zwłaszcza jeśli rodzice nie reagują i nie chronią siostry.
Takie doświadczenia mogą prowadzić do trwałego schematu nieufności i podejrzliwości wobec mężczyzn.
W dorosłości mizoandria może dodatkowo być konsekwencją rozczarowujących relacji romantycznych: zdrady, porzucenia, przemocy w związku.
Nienawiść wobec mężczyzn staje się wówczas formą rewanżu i zemsty: „skoro ja cierpiałam, teraz wy będziecie cierpieć”.
W odróżnieniu od mizoginii, która ma kontekst społeczny i historyczny, mizoandria wyrasta z traumy jednostkowej.
Nie jest częścią systemu władzy, lecz osobistą reakcją na ból i zawiedzione zaufanie.
Dwa porządki – wspólny mianownik
Choć oba pojęcia mają wspólny źródłosłów – misos, czyli nienawiść – dzieli je zasadnicza różnica:
- mizoginia – systemowe zjawisko, utrwalone historycznie i kulturowo,
- mizoandria – indywidualna reakcja na traumatyczne doświadczenia.
A jednak łączy je wspólny mianownik: relacja z drugą płcią zostaje zasilona ze źródła nienawiści.
- W przypadku mizoginii – z przekonania o wyższości mężczyzn i systemowego prawa do agresji.
- W przypadku mizoandrii – z bólu i traumy, które przeradzają się w nieufność i rewanż.
W obu przypadkach nienawiść zastępuje dialog, a cierpienie – zamiast zostać przepracowane – staje się murem oddzielającym od możliwości budowania zdrowych więzi.
Ryzyko zniekształceń
I tu warto zwrócić uwagę na ryzyko wynikające z nieporozumień wokół walki z nienawiścią.
Bardzo często obserwuję zniekształcenie tego, czym jest feminizm.
Niekiedy traktuje się go jak walkę z mężczyznami.
Tymczasem feminizm w swoim zdrowym znaczeniu nie jest walką z mężczyznami, lecz walką z nierównością i patriarchatem.
Dlatego zachęcam wszystkie kobiety, które cenią swoją autonomię i chcą budować partnerskie relacje, by przyglądały się, na ile ich postawa opiera się na rewanżyzmie czy nienawiści, a na ile na realnej chęci zmiany systemu z jednoczesną otwartością na dialog z mężczyznami.
Podobnie zachęcam mężczyzn, którzy poczucie bezpieczeństwa budują na tradycyjnym modelu świata.
Jeśli naprawdę zależy im na dobrych relacjach – zarówno przyjacielskich, jak i romantycznych – to uznanie w kobiecie prawa do samostanowienia i prawa do innego zdania nie odbiera im niczego.
Wręcz przeciwnie – może wzmocnić relację.
Prawdziwa siła rodzi się bowiem wtedy, gdy potrafimy być ciekawi różnicy, zamiast próbować ją zdominować lub unieważnić.
Jak przerwać koło przemocy?
Najważniejsze pytanie nie brzmi:
kto zaczął? ani kto cierpiał bardziej? – bo to zawsze prowadzi do dalszej eskalacji.
Pytanie, które naprawdę może coś zmienić, brzmi:
jak zatrzymać to koło przemocy?
Z perspektywy psychologicznej jasne jest jedno: za mizoginią i mizoandrią stoi lęk.
Dopóki jest on zamrożony, staje się źródłem nienawiści wobec drugiej płci, ale jeśli odważymy się go zobaczyć, nazwać i przeżyć w bezpiecznych warunkach – w terapii, w dialogu, w relacjach opartych na empatii – może on stać się punktem wyjścia do czegoś zupełnie innego: do uzdrawiania i tworzenia więzi, które nie są powieleniem przeszłości, lecz próbą budowania przyszłości.
Bo ani mizoginia, ani mizoandria nie są losem.
To wyuczone reakcje.
A skoro zostały wyuczone, to można się ich również oduczyć.
Warunkiem jest odwaga, by spojrzeć w głąb własnej historii i zrobić krok poza rewanż, ku spotkaniu z drugim człowiekiem.


