Jak pracować z ludzmi, którzy widzieli już wszystko?

Dziś kończę rok kalendarzowy szkoleniowo – warsztatowy ostatnim dniem projektu rozwojowego dla grupy wybitnie doświadczonych specjalistów w swojej dziedzinie rozwiązywania problemów w sytuacjach kryzysowych.

Ten moment osadzony już na progu świątecznej atmosfery, a jednocześnie wciąż zanurzony w codziennym pośpiechu, skłania mnie do refleksji nad tym, jak połączyć dwa światy:

czas, w którym myślimy o sobie i innych ze szczególną uważnością oraz czas, w którym wciąż pracujemy, domykamy tematy, chcemy zdążyć, by wrócić do swoich bliskich z minimalnym choćby spokojem.

I właśnie w tym kontekście myślę dziś o uczestnikach i uczestniczkach wczorajszych i dzisiejszych warsztatów, osobach z 30 – letnim doświadczeniem w reagowaniu na sytuacje kryzysowe.
O tym, jak niezwykła jest taka grupa, jak bardzo wymaga innej metodyki pracy i jak wiele mówi o tym, czym jest szacunek i uważność w relacji: trener – grupa i konkretne osoby ją tworzące.

Po raz kolejny doświadczenie uczy mnie, że praca z tak dojrzałą, przetrenowaną, świadomą grupą nie może wyglądać sztampowo.
I, że to, co w standardowej metodologii traktowane jest jako „oczywisty początek”: kontrakt, zasady, deklaracje partnerskiej komunikacji, wyłączone telefony, bywa dla nich powodem frustracji.
Wielokrotnie słyszę: „My to wszystko znamy. Nie traktujcie nas jak dzieci. Nie marnujcie czasu na oczywistości.”

Nie ma w tym roszczenia.
Jest pragnienie uznania drogi, jaką już przeszli.

To zresztą ma drugą stronę medalu: poziom startowego zaufania bywa w takich grupach minimalny.
Pojawia się dystans, ostrożność, czasem wręcz obojętność. „Zobaczymy, czy będzie tu coś dla mnie” – mówi postawa, która wcale nie wynika z wyniosłości, lecz z doświadczenia dziesiątek szkoleń, w których obiecywano „nowe spojrzenie”, a serwowano sztampę.

Dlatego metodologia pracy z doświadczonym uczestnikiem potrzebuje wyglądać inaczej.

Po pierwsze: zaciekawić osobowością, historią, autentycznością.

Eksperci nie potrzebują definicji. Potrzebują człowieka po drugiej stronie. Kogoś, kto ma własny kapitał, spojrzenie, refleksję, własne doświadczenia z pola. Kogoś, kto nie boi się pokazać, że również jest praktykiem, a nie tylko „realizatorem programu”.

Po drugie: uznać głos uczestników jako równorzędny element procesu.

Nie „lecieć z materiałem” dlatego tylko, że jest przygotowany.
Dla takich grup największym przejawem szacunku jest słuchanie.
Głębokie, uważne, elastyczne.
Zdolność filtrowania tego, co mówią i adaptowania planu warsztatu do tego, co wydarza się tu i teraz.
To jest zawodowa uważność, ale też elementarne traktowanie osób dorosłych z godnością.

Po trzecie: budować przestrzeń wspólnoty doświadczeń.

Eksperci chcą pracować, jeśli czują, że mają wpływ, że warsztat staje się miejscem wymiany pomiędzy ludźmi, którzy mają sobie coś do zaoferowania.
I że trener jest jednym z nich, a nie kimś ponad.
Studia przypadków, historie z praktyki, zaproszenie do rozmowy, to wszystko tworzy dynamikę, która w takich grupach działa jak otwieranie okien w dusznym pomieszczeniu.

Po czwarte: dostrzegać indywidualne zasoby uczestników i uczestniczek.

Doświadczeni ludzie często przeżywają dziś pewien rodzaj smutku: że świat pędzi, że liczy się młodość, że ich perspektywa jest „nie na czasie”.

Tymczasem to właśnie ich doświadczenie życiowe, emocjonalne, zawodowe jest w praktyce jednym z największych zasobów na sali warsztatowej.
Trzeba tylko nazwać je, docenić i zaprosić do działania.
To nie jest grzecznościowy gest.
To metoda.
A bywa także aktem przywracania godności.

I tu pojawia się kolejny klucz: różnorodność.
Różnorodność jako przestrzeń wymiany.
Nie gra „moje lepsze, twoje gorsze”, o której pisze Eric Berne, lecz postawa: „moje jest inne niż twoje; zobaczmy, co możemy sobie dać nawzajem.”
To działa zarówno w grupach w pełni doświadczonych, jak i wtedy, gdy obok siebie siedzą ludzie o stażu 30 – letnim i Ci, którzy dopiero zaczynają.
To może być potężny proces intermentoringowy, jeśli stworzy im się warunki, uzna obie strony i zaprosi do współpracy.

Piąty aspekt, który pracuje w takich grupach szczególnie mocno, to humor, lekkość i ludzka strona trenera.

Nie chodzi o żarty dla żartów.
Chodzi o przełamanie napięcia, które towarzyszy ludziom przyzwyczajonym do powagi, stresu i odpowiedzialności.
O pokazanie siebie jako człowieka z dystansem, z uśmiechem, z energią, z biglem i życiową „fajnością”.
W świecie korporacyjnego gorsetu, w którym wszystko bywa poważne, humor ma funkcję terapeutyczną.
Otwiera. Oswaja. Zaprasza.
I mówi: „tu nie musisz niczego udowadniać”.

A kiedy ten styl pracy jest sklamrowany rzetelnymi kompetencjami komunikacyjnymi: uważnością, aktywnym słuchaniem, klaryfikacją, parafrazą, odzwierciedleniem, moderowaniem dynamiki grupowej i porządkowaniem wątków, to wtedy nawet najbardziej wymagający specjaliści potrafią wejść w warsztat z ciekawością, dzielić się swoim światem, budować wspólnotę i brać dla siebie to, co wartościowe.

I właśnie dlatego dziś, kiedy zamykam swój rok warsztatowo – konferencyjny, myślę o tym, jak pięknie te procesy mogą łączyć dwa światy:

świat odpowiedzialnej pracy i świat świątecznego spotkania.

Tu i tu chodzi o to samo: o szacunek, o ciekawość, o uznanie drugiego człowieka.
O humor, który rozbraja.
O godność, która prowadzi.
O otwartość, która pozwala naprawdę usłyszeć.
Tego właśnie życzę wszystkim w pracy i poza nią.

Jestem ciekaw, jakie Wy macie doświadczenia z pracy z wybitnie doświadczonymi uczestnikami i uczestniczkami warsztatów?

Przewijanie do góry