Emancypacja mężczyzn

To temat, który w Polsce na szczęście zaczyna być poruszany, ale wciąż – mam wrażenie – dociera do masowego odbiorcy jak szept.

A czasem wręcz wywołuje konsternację, opór, a nawet irytację, bo przecież emancypacja to domena kobiet, prawda? 🙂

Tak nam to wdrukowano w patriarchalnej tradycji czarno – białych zasad.

Tymczasem kobiety wychodzą z ciasnych ram ról przypisanych im przez tradycyjny model życia.

Już nie są zawsze są zależne ekonomicznie od mężczyzn (,uff…), nie definiują się wyłącznie przez macierzyństwo czy opiekę nad domem. Wchodzą w zawody tradycyjnie męskie, obejmują wysokie stanowiska, zakładają mundury, tworzą ruchy społeczne, walczą o prawa, piszą własne historie.

A co z mężczyznami?

Czy potrafimy w ustach i w głowie połączyć słowa „emancypacja” i „mężczyzna” tak, aby brzmiały naturalnie?

W ostatnich latach coraz więcej mężczyzn zaczyna dostrzegać, że zmiana roli kobiet oznacza również konieczność redefinicji własnej roli.

I tu pojawia się trudny, ale potrzebny temat:

wyjście poza przekazy międzypokoleniowe, w których mężczyzna „musi”.

Musi dowozić, nie płakać, być twardy, nie mówić o słabości, nie okazywać wrażliwości, myśleć przede wszystkim o pragmatyzmie i rodzinie, odkładając siebie na koniec kolejki.

Jak u jednego z moich klientów, który wspominał ojca trzema słowami: „praca, praca, praca”.

Taki model życia zamienia egzystencję w roboty na galerach.

Czym więc może być emancypacja mężczyzn?

Nie chodzi o rezygnację z odpowiedzialności czy sprawczości.

Chodzi o poszerzenie definicji męskości o prawo do kontaktu ze swoją wrażliwością, zdrowiem, kryzysami, potrzebami i bez lęku, że ktoś uzna to za „niemęskie”.

Psychologowie tacy jak Michael Kimmel – autor „Guyland” i „Angry White Men” czy Philip Zimbardo „Gdzie ci mężczyźni?” piszą, że mężczyźni w krajach rozwiniętych stoją dziś przed największym kulturowym wyzwaniem ostatnich dekad:

jak nauczyć się żyć w świecie, w którym ich wartość nie jest mierzona wyłącznie przez pryzmat bycia „żywicielem” czy „obrońcą”?

Z badań prof. Terry’ego Reala (Harvard Medical School) wynika, że mężczyźni, którzy uczą się języka emocji i dbają o relacje, mają niższy poziom wypalenia zawodowego, lepsze zdrowie somatyczne i wyższy poziom satysfakcji z życia.

Psychologia pozytywna Martina Seligmana potwierdza: jakość życia budują relacje, poczucie sensu, zaangażowanie w to, co ważne, a nie tylko status czy wynik finansowy.

Emancypacja mężczyzn oznacza więc prawo do:

  • odpoczynku bez poczucia winy,
  • zmiany zawodowej, jeśli obecna tożsamość zawodowa przestała być źródłem sensu,
  • otwartego mówienia o kryzysach, słabościach i potrzebach,
  • życia w zgodzie z własnymi wartościami, a nie wyłącznie z oczekiwaniami zewnętrznymi.

To także – jak pisze Bell Hooks w książce „The Will to Change: Men, Masculinity, and Love” – prawo do „odzyskania serca” w kulturze, która uczy chłopców jego zamrażania.

Nie chodzi o narcystyczne „ja przede wszystkim”.

Chodzi o zdrowy rozsądek, w którym jest miejsce na odpowiedzialność wobec bliskich i na niezagłuszanie siebie, bo inaczej zamiast życia mamy kompromis z życiem, często o bardzo przegnitym aromacie.

I w tym sensie emancypacja – niezależnie od płci – jest po prostu wolnością.

Wolnością do doświadczania życia, którego jesteśmy pełnomocnikami.

Wolnością, która pozwala rozkwitać, a nie tylko wegetować.

To po prostu jest zdrowe dla psychiki i ciała 🙂

Przewijanie do góry