Ludzie, idźcie do kina na Lovable.
I zacznę od drobnego, życzliwego uszczypnięcia do Gutek Film:
dystrybutorskie tłumaczenie „Być kochaną” zubaża sens tego filmu.
Lovable nie ma rodzaju kobiecego czy męskiego.
To opowieść o byciu kochaną i o byciu kochanym.
O obu doświadczeniach i o tym jak bardzo są nam wspólne.
Idźcie na ten film, bo to kino dla wszystkich, którzy są w relacji i wiedzą już, że namiętność i romantyzowanie to tylko pierwszy akt.
A codzienność… codzienność bywa bardziej wymagająca.
Jest zmęczenie.
Jest przebodźcowanie.
Jest zderzenie wyobrażeń z realnością. Rozdrażnienie, smutek, złość, niepokój.
Cały wachlarz uczuć, które tak łatwo przerzucamy na drugą osobę w pędzie dnia.
A równolegle – po drugiej stronie relacji – pulsuje ta sama, fundamentalna potrzeba:
bycia.
Blisko.
Zrozumianą, zrozumianym.
Kochaną, kochanym.
Widzaną, widzianym.
Właśnie o tym jest Lovable.
Polecam ten film szczególnie tym, którzy doświadczyli rozczarowania lub bólu w relacji i noszą w sobie myśl:
„to nie ma sensu, relacje tylko dokładają cierpienia”, ponieważ Lovable – zostanę przy oryginale – przynosi coś bardzo ważnego: pierwiastek nadziei.
Pokazuje, co mogłoby się wydarzyć, gdybyśmy zamiast od razu naprawiać drugą osobę, najpierw odważyli się przyjrzeć sobie.
Swojej historii.
Swoim automatyzmom.
Swoim reakcjom, które powtarzamy, bo kiedyś doswiadczyliśmy ich w rodzinach, z których pochodzimy (scena rozmowy głównej bohaterki z matką).
Pokazuje, jak często próbujemy wypełnić relacją pustkę, której nikt przed nami nie zobaczył.
To film dla tych, którzy byli w związku, poczuli zawód i chcą sprawdzić, czy można zobaczyć w tym doświadczeniu nowe światło.
Może delikatny impuls do zmiany.
Może początek świadomej drogi.
I to także film o procesie terapeutycznym.
Z jednej strony opowiedzianym ze zrozumiałym filmowym skrótem.
Z drugiej z ogromną czułością i trafnością.
Wątki sesji: pełne uważności, realnej relacji, mądrych interwencji.
Pokazujące, czym jest spotkanie, w którym ktoś daje ci coś, czego dawno nie doświadczyłeś albo czego nie dostałaś nigdy.
I jak to potrafi stać się punktem zwrotnym.
Dlatego polecam ten film również tym, którzy mają różne przekonania o terapii: że „to nie dla mnie”, „nie działa”, „nie potrzebuję”.
Czasem metafora filmowa pozwala zobaczyć to, czego boimy się zobaczyć w sobie.
Lovable polecam także trzeciej grupie widzów: tym, którzy nigdy nie byli w głębokiej relacji, która przeszła test codzienności.
Tym, którzy znają fazę zauroczenia, ale nie znają etapu „po”.
To film o różnicy między randkowaniem a byciem w relacji.
O odpowiedzialności, bliskości, własnych granicach i o pewnym dojrzewaniu, którego nie da się ominąć.
Ten film bardzo wyraźnie, ale subtelnie, pokazuje też, jak różnie kobiety i mężczyźni wchodzą w relacje.
Jak różnie czują.
Jak różnie manifestują intencje.
Jak różnie walczą o siebie i o bliskość.
I jasne, to pewne generalizacje, ale zniuansowane, delikatne, prawdziwe.
To opowieść dla tych, którzy żyją w przekonaniu, że jest tylko jeden sposób reagowania, jeden sposób czucia, jeden sposób „walki o nas”.
Lovable pokazuje, że dróg jest wiele.
I że każda perspektywa, kobieca i męska, może zostać opowiedziana z filmową i psychologiczną wrażliwością.
Uważam, że to jeden z najciekawszych i najgłębszych filmów ostatnich lat o relacjach, miłości, cierpieniu, szukaniu siebie, o mikrosygnałach, których często nie dostrzegamy, bo gubimy je w biegu.
Idźcie na Lovable.
Ze mną ten film zostanie na długo.


