Ostatni Wiking – pokaz filmu i spotkanie z widzami oraz recenzja psychologiczna

„Ostatni Wiking” to film o tajemnicy rodzinnej traumy, która potrafi złamać życiorysy jej członków.

O przemocy ojca wobec synów, o tym, jak różnie dzieci próbują sobie radzić z bólem i jak głęboko w dorosłym życiu odciska się brak wsparcia.

To opowieść o tym, jak kultura frustruje i odrzuca chłopców, którzy nie wpisują się w tradycyjny wzorzec męskości.

O znaczeniu akceptacji, uznania i zadośćuczynienia i o niezwykłej sile więzi pomiędzy rodzeństwem – tej, która czasem staje się jedynym ocaleniem.

Pomimo ciężaru poruszanych tematów, film opowiedziany jest w konwencji tragikomedii, formie, która pozwala „unieść” intensywność emocji śmiechem przez łzy.

Absurd i groteska stają się tu wentylem bezpieczeństwa, sposobem na to, by nie utonąć w beznadziei i rozpaczy.

To film, w którym dramat i humor współistnieją jak dwa bieguny tego samego doświadczenia, bo czasem tylko absurd potrafi pomieścić prawdę o bólu.

To kawał poruszającego kina i psychologii w jednym.

Z perspektywy psychologicznej „Ostatni Wiking” doskonale pokazuje mechanizmy obronne przed traumą:

  • dysocjację – odcięcie się od emocji, ciała i wspomnień, by przetrwać to, co nie do zniesienia;
  • agresję przeniesioną – złość wobec ojca, której nie można było wyrazić, kierowaną później na „bezpieczny obiekt”: brata, przypadkowego wroga, siebie samego czy przemoc samą w sobie;
  • ironię i śmiech – jako formę psychicznego znieczulenia, sposób, by nie zwariować od bólu i napięcia.

Nieprzypadkowo ten film jest właśnie tragikomedią.

Gatunkiem, który przypomina, że śmiech bywa ostatnim aktem obrony człowieka przed własną rozpaczą, że nawet w największej ciemności można mrugnąć okiem – nie z lekceważenia, lecz z instynktu przetrwania.

Śmiech przez łzy to tu metafora samoregulacji – sposób, w jaki układ nerwowy próbuje rozładować napięcie, zanim ono rozbije człowieka od środka.

Pod tą warstwą humoru pulsuje jednak głęboka tragedia: rodzinne tabu i milczenie, które deformują losy jej członków.

Wstyd, brak wsparcia – wszystko to tworzy mężczyzn, którzy nie potrafią rozpoznać ani nazwać swoich emocji.

Dorastają w przekonaniu, że wrażliwość to słabość, a bliskość to zagrożenie. I jak bohaterowie filmu próbują ratować się zbroją ironii, kontrolą, odcięciem czucia lub agresją.

Mitologiczne imiona bohaterów nie są przypadkowe.

Baldur (Balder) – w mitologii nordyckiej bóg światła, piękna i czystości – zostaje zraniony i zabity przez brata.

W sensie psychologicznym to symbol utraconej niewinności, ale i nadziei na odrodzenie.

W micie Baldur powraca po Ragnaröku, po ostatecznym zniszczeniu świata, gdy zostaje on oczyszczony z przemocy.

W filmie jego imię staje się metaforą wewnętrznego procesu: śmierci starej tożsamości opartej na lęku i narodzin nowej, zdolnej do miłości i autentyczności.

„Ostatni Wiking” to film o mężczyznach, którzy uczą się żyć po wojnie, tej, którą prowadzili w domu, w relacjach, w sobie.

O tym, że największym zwycięstwem nie jest pokonanie wroga, lecz zaakceptowanie własnej wrażliwości.

To historia o braciach, ojcach i synach.

O tych, którzy przez lata mówili o bólu gniewem, ale w końcu uczą się mówić go ciszą i czułością, bo kiedy odważymy się zajrzeć pod zbroję, pod wstyd, ironię, cynizm, to możemy odkryć coś, co jest źródłem prawdziwej siły: współczucie, czułość, autentyczność.

Polecam i dziękuję uczestnikowi wczorajszej Filmoterapia.pl za inspiracje dotyczące mitologii nordyckiej.

Przewijanie do góry