O zazdrości

Czasem zdarza mi się wypowiedzieć publicznie, coś powiedzieć jako psycholog: do kamery, na falach eteru, do prasy.

Przyglądam się potem komentarzom.

Z pewną antropologiczną ciekawością.

Tam bowiem, w tej gęstej, czasem merytorycznej, ale często szarej masie emocji, myśli i projekcji, odbywa się bezlitosny casting na kogoś, kto nie musi wiedzieć, ale może sądzić. I sądzi.

Z kategoryczną oceną i miarą, które zawstydziłyby wzorzec metra z Sèvres.

W tych sądach najmniej jest o przedmiocie i temacie wystąpienia.

A zdecydowanie więcej o tym jak piszący ocenia fizjonomię, wygląd, styl, relacje między rozmówcami, których nie zna czyli interpretacje mówiące najwięcej o tym, kto pisze.

A pisze najczęściej ten, komu coś doskwiera i daje sobie prawo do ekspresji swoich doskwierań.

Pośród wielu innych motywacji do oceniania kogoś, kogo się nie zna może być zazdrość.

Zazdrość nie ta miękka, ludzka, codzienna, co mówi „też bym tak chciał”, lecz ta, która oblepia jadem.

Która nie motywuje, tylko żre. Która nie prowadzi do działania, ale do obwiniania.

Zobaczmy: wystarczy, że ktoś ma wiedzę, doświadczenie, albo – o zgrozo – mówi o tym głośno i pewnie.

I już staje się tarczą.

Dla tych, którzy nie wiedzą, ale wiedzą lepiej. Bo mogą. Pisać.

Z determinacją. Bez kontekstu. Bez konsekwencji. Bez konfrontacji z rzeczywistością.

Zazdrość w naszym kulturowym klimacie ma się świetnie.

Wychowana w braku zasobów, podlana nieufnością, dokarmiana przez wieki bez własności prywatnej i sprawczości w postaci ograniczonych praw do autonomii zakorzeniła się głęboko.

„Jak on to ma, to pewnie ukradł albo ma znajomości albo się sprzedał.”

Mechanizm obronny? Oczywiście. Tyle że chroniczny. I toksyczny.

Nie chodzi o to, że zazdrość sama w sobie jest zła. To emocja, jak każda inna, bo naturalna.

Pojawia się, kiedy widzę coś, czego mi brakuje, ale pytanie brzmi: co z nią robię?

Czy pozwalam, żeby zamieniła się w cynizm i osąd?

Czy może – choć na chwilę – w uznanie?

Uznanie to emocja, o której rzadko mówimy. Może dlatego, że nie krzyczy. Nie rani. Nie przykuwa uwagi, ale ma w sobie moc. Głęboką, cichą siłę, bo uznanie to nie jest pochlebstwo, to nie klaskanie dla efektu.

To postawa, która mówi:

„widzę twój wysiłek, twoją drogę, twoją wartość. Chcę się czegoś nauczyć.”

Uznanie nie potrzebuje zabierać mocy.

Przeciwnie, potrafi zainspirować do zbudowania własnej.

Złożonej z codziennych decyzji, z odwagi do zmiany, z gotowości do pracy.

Nie chodzi o to, by szukać wielkich autorytetów z pierwszych stron gazet.

Raczej, by znajdować własnych mentorów opartych na wartościach.

Czasem jest to starszy kolega z pracy, czasem autorka książki, która wstrząsnęła naszym postrzeganiem świata.

Czasem to przyjaciel, który nie mówi wiele, ale żyje spójnie z tym, co wyznaje.

Mentor to ktoś, kto pomaga nam zobaczyć, kim możemy się stać, nie kim powinniśmy być. A uznanie wobec takiej osoby może być początkiem przemiany.

Nie w hołdzie. W działaniu.

Uznanie, jeśli ma mieć wartość, musi przekładać się na życie. Na konkret. Na decyzję.

Zamiast krytyki, pytanie: Czego mogę się nauczyć?

Zamiast biernego „podziwiania”, pierwszy krok: zapisanie się na kurs, terapia, zmiana nawyku, wyjście z rutyny.

Zamiast frustracji, działanie. Cokolwiek, ale Twoje.

Bo uznanie to nie stan ducha.

To wybór. Regularny. Codzienny. Niekiedy bolesny.

Z badań wiemy jasno:

Zazdrość, szczególnie ta chroniczna i nieprzepracowana, pogarsza zdrowie psychiczne, obniża samoocenę, wzmacnia lęk, a w skrajnych przypadkach prowadzi do depresji.

Uznanie natomiast wzmacnia relacje, motywację i rozwój osobisty. Wspiera naszą zdolność do samoregulacji i buduje wewnętrzne poczucie wpływu.

Badania na temat autodeterminacji pokazują że uznanie może wzbudzać motywację wewnętrzną, ale tylko wtedy, gdy przestajemy się porównywać, a zaczynamy budować własną drogę.

Zatem wybieram uznanie, bo ono mnie nie unosi, tylko zakorzenia.

Nie łudzi, ale zaprasza do odpowiedzialności. Do wzrastania, nie do komentowania.

Bo można oczywiście komentować czyjeś działania bez końca albo można też zacząć działać w swoim własnym życiu i żyć.

Po prostu.

Przewijanie do góry