O wrażliwości

Miałem ostatnio kilka rozmów tych ważnych. O wrażliwości.

A dokładniej: o lęku przed nią, bo przecież „za bardzo się przejmuję”, „wszystko mnie dotyka”, „inni sobie radzą, a ja się rozsypuję”, „gdybym był bardziej twardy, byłoby łatwiej”.

To nie są zdania z książki. To głosy, które słyszę regularnie w gabinecie i na warsztatach. Czasem wypowiedziane szeptem, czasem z płaczem, czasem z ironią, która chce zakryć bezbronność.

I pytam wtedy: a kto Ci powiedział, że masz być mniej wrażliwy?

Wrażliwość nie jest chorobą, ani oznaką słabości.

Wrażliwość – jak pisała dr Elaine Aron – to cecha uwarunkowana biologicznie.

Oznacza większą czułość układu nerwowego, głębsze przetwarzanie informacji, emocji, relacji.

To nie jest problem.

To warunek brzegowy dla tego, jak dana osoba odbiera świat, ale też uczciwie: bycie wrażliwym bez umiejętności samoregulacji, bez języka do opisywania emocji, bez świadomości własnych granic… bywa bolesne.

To trochę jakby jechać Ferrari po polnych drogach bez zawieszenia. Każdy kamień to wstrząs.

Na warsztatach z emocjonalnej rezyliencji, które prowadzę dla liderów i zespołów, często pytam:

Co robisz, kiedy czujesz, że „zalewa” Cię emocja?

Odpowiedzi bywają różne:

„Zaciskam zęby.”

„Udaję, że nic się nie stało.”

„Zostaję po godzinach i nie mówię nikomu, że jestem w rozsypce.”

„Mam poker face, ale w środku mnie gotuje.”

„Idę się wykrzyczeć w samochodzie.”

Niektórzy z pozoru nie czują nic, ale ciało mówi, co innego: bezsenność, migreny, spłycony oddech, sztywny kark, refluks.

I to jest punkt wyjścia.

Nie do tego, by „zrobić z tym porządek”, ale by się temu przyjrzeć. Z czułością.

Bez oceny.

W terapii indywidualnej to często moment, kiedy klient zaczyna mówić:

„Chyba nigdy nie nauczyłem się regulować emocji albo jestem zalany, albo odcięty.”

I wtedy zaczynamy uczyć się od początku.

Nie jak przestać czuć.

Ale jak czuć i nie tonąć.

Używamy różnych podejść:

W IFS (Internal Family Systems) przyglądamy się częściom wewnętrznym, które chronią przed zalaniem. Budujemy wewnętrzny zespół.

W ACT (Acceptance and Commitment Therapy) trenujemy akceptację i oddzielanie się od myśli („To tylko myśl, nie fakt.”).

W podejściu opartym na teorii poliwagalnej uczymy się regulacji przez ciało: oddech, ruch, uziemienie, relację.

W CBT uczymy się rozpoznawać schematy poznawcze, które potęgują reakcję („Skoro płaczę, to znaczy że jestem słaby”. Nie, to znaczy, że jesteś człowiekiem.)

Na jednej z grup warsztatowych pewna Pani powiedziała:

„Myślałam, że jestem histeryczna, bo wszystko mnie rusza. A teraz widzę, że jestem po prostu bardzo wyczulona. I że to można jakoś oswoić.”

Inny uczestnik dodał:

„W mojej rodzinie wrażliwość była zakazana. To matka miała płakać. Ojciec miał pić. A ja miałem nie przeszkadzać. Dziś uczę się siebie od nowa.”

Praca z wrażliwością nie polega na tym, by ją wyciszyć, ale na tym, by ją oswoić i zintegrować.

To jak nauczyć się grać na bardzo czułym instrumencie. Nie wystarczy chcieć. Trzeba ćwiczyć słuch, wyczucie, oddech.

Wtedy ta wrażliwość może stać się Twoją siłą.

Nie wierzę w „zbyt dużą wrażliwość”.

Wierzę w brak narzędzi i przestrzeni, by ją pomieścić.

I dlatego uczę moich studentów, klientów i uczestników warsztatów:

  • jak rozpoznawać sygnały emocjonalnego przeciążenia (w ciele, myślach i zachowaniach),
  • jak budować swój zestaw technik samoregulacji (od małych przerw po codzienne rytuały),
  • jak rozmawiać z bliskimi o swoich emocjach bez poczucia winy, że „przesadzam”,
  • jak nie porównywać się do innych, bo odporność psychiczna to indywidualna alchemia doświadczeń i strategii.

Życie w zgodzie z własną wrażliwością jest jak woda w naczyniu:

nie musi być twarde, żeby było silne.

Wystarczy, że znajdzie dla siebie formę.

Przewijanie do góry