Zagrożenia sieci społecznościowych

Od jakiegoś czasu mam w głowie pytanie, które dojrzewa we mnie powoli, jak zdjęcie wywoływane w ciemni:

Co się stało z ideą sieci społecznościowych w internecie?

„Sieć” w neurologii to gęsta mapa połączeń, dzięki której powstają nowe synapsy czyli rozwój w czystej postaci.

W krwiobiegu to system dróg transportujących tlen i składniki odżywcze, podtrzymujących życie.

W obu przypadkach sieć wzmacnia, zasila, stymuluje i symbolizuje pozytywne znaczenia.

A „społeczność”?

To też połączenia.

Tym razem między ludźmi.

Wspólnota, w której jednostki są silniejsze razem niż osobno w bezpieczeństwie, ozwoju, dawaniu i braniu wsparcia.

W symbolice znaczeń więc „sieć społecznościowa” moglaby być przestrzenią, w której wymieniamy się ideami i doświadczeniami, tworzymy coś większego niż to, co moglibyśmy osiągnąć w pojedynkę. Przynajmniej tak być może było w założeniach.

A dziś?

Coraz częściej mam wrażenie, że prawo do wyrażania zdania przeszło dziwną ewolucję:

z narzędzia do rozmowy stało się młotkiem, którym można uderzyć każdego.

Słowo przestało być mostem, a stało się taranem.

Badania potwierdzają, że w środowisku online działa mechanizm tzw. „rozhamowania” – anonimowość i brak kontaktu twarzą w twarz sprzyjają ostrzejszej, bardziej agresywnej ekspresji, a treści wywołujące oburzenie moralne rozchodzą się szybciej i szerzej niż te, które zapraszają do dialogu.

Widzimy to w każdej grupie wiekowej.

U najmłodszych skutki bywają szczególnie dotkliwe.

Badanie UCSF (2025) na niemal 12 000 dzieci w wieku 9 – 13 lat pokazało, że wzrost czasu w social mediach wyprzedza późniejszy wzrost objawów depresji.

Metaanalizy wskazują też, że ofiary cyberprzemocy są ponad dwa razy bardziej narażone na zaburzenia depresyjne i myśli samobójcze.

WHO przypomina, że samobójstwo to trzecia przyczyna zgonów w grupie 15–29 lat, a media społecznościowe – choć nie jedyny – mogą być istotnym czynnikiem ryzyka.

U dorosłych zmiana jest subtelniejsza, ale widoczna: dialog coraz częściej ustępuje miejsca starciu, a różnica zdań staje się powodem do ataku, nie rozmowy.

A przecież miało być inaczej.

Kiedyś wyobrażaliśmy sobie te narzędzia jako przestrzenie integracji, współpracy, poszerzania horyzontów.

Dziś zbyt często normalizujemy dysfunkcję – przyzwyczajeni do tego, że to, co kiedyś było marginesem, stało się centrum.

Dlatego ja sam coraz bardziej ograniczam patrzenie na media społecznościowe jak na miejsce budowania relacji.

Relacje w moim rozumieniu i czuciu są gdzie indziej: w rozmowie twarzą w twarz, w spojrzeniu, w tonie głosu, w obecności.

Dlatego dziś w wyjątkowo istotnym wymiarze jeszcze bliższe są mi spotkania bezpośrednie, skupione, w kontakcie, słysząc, widząc swojego rozmówcę, a coraz mniej i coraz dalej jestem od pozornych sieci kontaktów, które przeewoluowały w stronę mającą coraz mniej wspólnego z relacjami.

Media społecznościowe w tej formie rzadko już spełniają swoją pierwotną rolę.

Dlatego traktuję je dziś już wyłącznie jako przestrzeń do dzielenia się tym, na czym się znam i co – wiem z wielu głosów – bywa realnie pomocne.

A na spotkanie, rozmowę, przyjaźń mam zawsze miejsce poza ekranem.

Jeśli ktoś chce realnie i prawdziwie być ze mną w kontakcie, to są możliwości i z przyjemnością czerpię z takich autentycznych spotkań.

W sieci – tej prawdziwej, nie cyfrowej – nadal chodzi o to samo:

podtrzymywać i rozwijać życie.

Przewijanie do góry