O zmysłach

Głód jest najlepszą przyprawą” – cytat przypisywany Cyceronowi.

Okazuje się, że już starożytni wiedzieli, że paradoks prostoty bywa największą mądrością.

I choć nie zachęcam nikogo do głodowania wiedząc w ilu miejscach na świecie to sprawa życia i śmierci, to wracam do tego zdania jako metafory, bo wydaje mi się ono niezwykle aktualne w naszym pierwszym świecie Polski i Europy, w którym zmysły dostają więcej, niż są w stanie udźwignąć.

Dziś jesteśmy przebodźcowani niemal w każdej sferze.

Zmysł wzroku zalewany jest falą obrazów: filmów, reklam, memów, seriali, scrollowanych feedów.

Do tego możliwość podróżowania, zmiany scenerii, wyboru między latem a zimą w dowolnym zakątku świata.

Tyle opcji, że czasem nie wiemy już, na co patrzymy i co naprawdę nas cieszy.

Słuch?

Hałas miasta, tramwaje, klaksony, techniczne szumy cywilizacji.

A obok tego śpiew ptaków, szum wody, śmiech dziecka.

Wszystko wymieszane tak gęsto, że łatwo zapomnieć, które dźwięki są dla nas źródłem ukojenia, a które jedynie kolejną warstwą szumu.

Smak i węch?

Jedzenie „just in time” z dowozem pod drzwi, każda kuchnia świata na wyciągnięcie aplikacji.

Smak staje się narzędziem rozładowania stresu, czasem zamiennikiem emocji, których nie umiemy inaczej wyrazić.

Do tego zapachy perfum i kawy mieszają się z wonią benzyny czy przepełnionego tramwaju.

Dotyk?

Z jednej strony ten, którego szukamy: ciepło bliskiej osoby, przytulenie, które rozpuszcza napięcie.

Z drugiej – przypadkowe ocieranie się w tłumie, popychanie w kolejce, zderzanie w przeładowanym autobusie.

Kiedy to wszystko zbierzemy, widać wyraźnie, że współczesny człowiek Zachodu żyje w świecie nadmiaru.

A nadmiar rodzi znieczulenie.

Zaczynamy zapominać, co naprawdę jest dla nas wartością.

I tu wracam do cytatu: „głód jako przyprawa”.

Głód oczywiście nie w sensie fizjologicznego cierpienia, ale jako deficyt, świadome ograniczenie, detoks od nadmiaru.

Dzięki niemu możemy znowu poczuć smak chleba, zapach porannej kawy, radość promienia słońca na twarzy.

Ale ten „głód” można praktykować również na wiele innych sposobów:

Głód ciszy – odłożenie słuchawek, wyłączenie radia w samochodzie, by usłyszeć własne myśli albo naturalny rytm otoczenia.

Głód przestrzeni – wyjście na spacer bez telefonu, pozwolenie sobie na brak zdjęć i dokumentowania chwili, tylko po to, by być w niej naprawdę.

Głód nudy – rezygnacja z natychmiastowego sięgania po ekran, kiedy się nudzimy i zobaczenie, dokąd poniesie nas wyobraźnia.

Głód prostoty – świadome jedzenie zwykłego chleba z masłem zamiast wymyślnych potraw, by przypomnieć sobie, że smak tkwi w jakości, nie w komplikacji.

Głód natury – wyjazd w miejsce, gdzie nie dociera zasięg i pozwolenie sobie na zanurzenie w rytmie lasu, rzeki, łąki.

Głód obecności – rozmowa z kimś bliskim bez przerywania, bez zerkania na telefon, bez wielozadaniowości.

Głód ruchu – poczucie mięśni po wysiłku fizycznym, zamiast rekompensowania braku energii kolejną kawą.

Głód dotyku – świadome przytulenie, które trwa dłużej niż sekundę i pozwala naprawdę poczuć bliskość.

Psychologia nazywa to praktyką uważności.

Dla mnie to codzienna sztuka doceniania.

Nie chodzi o wielkie strategie, ale o drobne momenty powrotu do tego, co elementarne, bo w świecie przesytu, to właśnie prostota staje się wartością.

I może warto co jakiś czas zapytać siebie:

Jakie bodźce naprawdę mnie karmią, a jakie są tylko szumem?

Kiedy ostatnio pozwoliłem sobie poczuć radość z małej rzeczy?

Co jest moją „przyprawą” w życiu?

To pytania, które mogą pomóc przywrócić nam smak.

https://www.facebook.com/reel/610765545247814?locale=pl_PL

Przewijanie do góry