Długo zbierałem się do tego postu, bo dotyczy on czegoś, co obserwuję od lat z ogromnym zaciekawieniem: różnic kulturowych w podejściu do wychowania dzieci, szczególnie w relacji rodzic – instytucja: przedszkole, szkoła, społeczność lokalna.
Mam w Szwajcarii rodzinę i z fascynacją patrzę, jak dorasta dziś już bliski memu sercu jedenastolatek: w atmosferze zaufania, spokoju i samodzielności.
Tam dzieci od najmłodszych lat uczą się życia przez własne doświadczenia.
Czterolatki potrafią same dojść do przedszkola, bo przez dwa tygodnie adaptacji poznają trasę razem z rodzicami, a potem idą już samodzielnie.
Nie dlatego, że „nikomu nie zależy”, ale dlatego, że wszystkim zależy: na zaufaniu, kompetencji, sprawczości, świadomości ciała i odpowiedzialności.
Rodzice nie chronią dzieci przed życiem. Uczą je życia.
Zamiast „wyręczania”, jest towarzyszenie.
Zamiast kontroli, relacja i zaufanie.
Podobne podejście widać w szwajcarskich szkołach czy ośrodkach terapeutycznych: zintegrowanych z przestrzenią wioski, otwartych, włączających, gdzie dzieci, młodzież i dorośli uczą się współpracy, różnorodności, samodzielności w działaniu i myśleniu.
To edukacja, która wyrasta z przekonania, że autonomia jest podstawą zdrowego rozwoju.
W Polsce natomiast często widzę w gabinecie młodych dorosłych, którzy nie tylko boją się świata, ale też nie wierzą, że sobie w nim poradzą.
Lęk nie pojawia się znikąd.
To echo zdań słyszanych od najmłodszych lat w rodzinie:
„Nie wchodź, bo spadniesz.”
„Nie rób tego sam, bo się sparzysz.”
„Ja to za ciebie załatwię, żebyś się nie stresował.”
„Nie idź sam, bo coś ci się stanie.”
Za tymi komunikatami stoi troska, ale też lęk.
Lęk, który nieświadomie odbiera dziecku wiarę w siebie, bo jeśli przez lata słyszy, że świat jest zagrażający, a ono samo nieporadne, to trudno później uwierzyć, że można być kompetentnym dorosłym.
W Szwajcarii słyszę za to inne zdania:
„Spróbuj, zobaczysz, jak to działa.”
„Jeśli upadniesz, wstaniesz. Ważne, że próbujesz.”
„To twoje zadanie, ale jestem blisko, gdybyś potrzebował pomocy.”
„Wiem, że potrafisz.”
To komunikaty zaufania.
Nie przeceniają możliwości dziecka, ale też ich nie zaniżają.
Dają przestrzeń na błąd, który nie jest porażką, tylko częścią nauki.
Kiedy zestawiam te dwa modele, widzę, jak bardzo kulturowo różni się definicja bezpieczeństwa.
W polskim kontekście często oznacza ono *ochronę przed trudnością.
W szwajcarskim umiejętność radzenia sobie z trudnością.
A to zasadnicza różnica, bo nie da się zbudować samodzielności w dziecku, jeśli codziennie odbiera mu się możliwość doświadczenia siebie.
Nie da się nauczyć odwagi, jeśli rodzic usuwa z drogi każdy kamień.
Jest taka myśl, którą bardzo cenię:
„Kiedyś rodzice przygotowywali dzieci do drogi.
Dziś rodzice przygotowują drogę dla dzieci.”
Szwajcarski model wychowania bliższy jest tej pierwszej części.
Polski?
Mam poczucie i obserwacje, że tej drugiej.
I choć obydwa wynikają z miłości, to ten pierwszy daje dziecku szansę, by w przyszłości naprawdę stanęło na własnych nogach.
Ciekaw jestem, jak Wy to widzicie?
Czy dajemy naszym dzieciom wystarczająco przestrzeni na samodzielność?
Czy potrafimy zaufać im tak, jak chcielibyśmy, żeby kiedyś zaufały sobie?


