Springsteen – recenzja psychologiczna

Coraz częściej wracam do kina na swoje ulubione, bo poranne seanse.

Tak było wczoraj i tym razem był to „Springsteen: Deliver Me From Nowhere”, film, który poruszył mnie do głębi.

Nie tylko dlatego, że to film o muzyce, choć muzyka jest tu oczywiście istotna, ale dlatego, że jego prawdziwym bohaterem jest wrażliwość.

Wrażliwość człowieka, który od lat stoi na scenie, a jednak przez całe życie mierzy się z własnymi cieniami.

Dla widzów, którzy pójdą do kina oczekując klasycznego biografu o drodze artysty na szczyt, ten film może być zaskoczeniem, ponieważ to nie opowieść o sławie, trasach koncertowych czy muzycznym sukcesie.

To film o psychice, o emocjonalności i złożoności wewnętrznego świata artysty.

O tym, jak trudne dzieciństwo i bolesna więź z ojcem stają się glebą, z której wyrasta całe jego życie i twórczość.

Twórcy prowadzą nas przez świat wspomnień, retrospekcji, rozmów z ojcem, pokazując dysfunkcyjny dom, w którym chłopiec uczy się, że miłość miesza się z lękiem, a siła z przemocą.

Ojciec reaguje agresją, milczeniem i chłodem emocjonalnym na przemian z incydentami czułości fundując synowi emocjonalną huśtawkę.

Bruce – jak wielu synów takich ojców – uczy się przetrwania przez dystans, obserwację i w końcu przez sublimację czyli zamianę bólu w sztukę.

Z perspektywy psychologicznej to, co oglądamy, jest podręcznikowym przykładem procesu wzrostu potraumatycznego, kiedy człowiek, konfrontując się z własnym cierpieniem, zaczyna nadawać mu sens. Muzyka staje się wtedy formą autoterapii, językiem emocji, których nie dało się wypowiedzieć w domu.

Springsteen tworzy z bólu.

Pisze, by zrozumieć.

Śpiewa, by przeżyć.

Film pokazuje też drugą stronę tego procesu, jego cenę.

Dorosły Bruce to mężczyzna zmagający się z melancholią, depresją, z trudnością w budowaniu głębokich więzi.

Jest outsiderem, obserwatorem własnego życia.

I choć z zewnątrz wygląda jak symbol siły i sukcesu, wewnątrz nosi kruchość, którą przez lata próbował ukryć.

„Deliver Me From Nowhere” to zatem film nie o bohaterze, lecz o człowieku.

O synu, który całe życie próbuje uwolnić się z nicości, w którą wrzuciły go bolesne doświadczenia dzieciństwa.

To opowieść o tym, jak wrażliwość staje się zarówno przekleństwem jak i darem, bo to ona pozwala tworzyć, ale też sprawia, że świat rani bardziej.

Z psychologicznej perspektywy to także film o męskości, tej zranionej, milczącej, poszukującej.

O mężczyźnie, który uczy się mówić o emocjach poprzez dźwięki i słowa piosenek.

O dorosłym dziecku alkoholika, które mimo odniesionego sukcesu wciąż szuka uzdrowienia i pojednania z samym sobą.

Jeśli więc szukacie w kinie nie tylko dźwięków, ale ciszy między nimi, jeśli interesują Was tematy takie jak: wzrost po traumie, relacja ojciec – syn, depresja męska, wrażliwość ukryta za fasadą dystansu, to ten film jest dla Was.

To jedno z tych dzieł, które nie zostawia po sobie efektownego show, lecz emocjonalny ślad.

Gorąco polecam.

I życzę nam wszystkim, żeby w kinach było więcej takich historii: o mężczyznach, którzy przestają grać rolę „niezniszczalnych” i zaczynają mówić o tym, co naprawdę w nich boli dając sobie tym samym szansę na rozpoczęcie procesu emocjonalnego powrotu do siebie.

Przewijanie do góry