Mikołaj z rózgą nie uczy miłości

Zbliżają się święta i znów w rozmowach już teraz pojawia się postać Mikołaja.

Dla wielu dzieci jest on symbolem życzliwości, ciepła i świata dorosłych, który daje poczucie bezpieczeństwa.

Świata, w którym jest miejsce dla każdego dziecka, bezwarunkowo.

Postać, która akceptuje, która niesie nadzieję, która mówi: jesteś ważny, jesteś widziana.

Równolegle jednak, co roku powraca druga narracja.

Mikołaj warunkowy.

Mikołaj, który „pamięta tylko o grzecznych”. Mikołaj, który rozdaje prezenty w zamian za posłuszeństwo:

„Jak nie będziesz grzeczny, dostaniesz rózgę”.

I wtedy pojawia się fundamentalne pytanie:

czego to ma nauczyć dziecko w kontekście budowania poczucia bycia w bezpiecznym świecie?

Przekaz jest jasny: na akceptację trzeba sobie zasłużyć.

Miłość jest nagrodą za podporządkowanie.

Lęk i strach stają się narzędziami motywacji.

Twoje zdanie nie jest ważne, ważne jest to, by odpowiadało temu, co myślą dorośli.

„Dostaniesz, jeśli…”, „Mikołaj o tobie będzie pamiętał, jeśli ty…”.

Warunkowość, która w kolejnym cyklu pokoleniowym niesie ze sobą przekaz przemocy opartej na emocjonalnym szantażu, zastraszaniu i wzbudzaniu poczucia winy.

Wielu z nas słyszało we własnym dzieciństwie:

„Jak kochasz mamusię, to zjedz do końca.”

„Jak kochasz tatusia, to bądź grzeczny.”

„Wyłącz już to światło, bo jak nie, to przyjedzie Czarna Wołga i cię zabierze.”

To komunikaty, które uczą dziecko, że miłość jest transakcją, a świat jest bezpieczny tylko pod warunkiem podporządkowania, a dorosłych trzeba słuchać bezrefleksyjnie, bez dyskusji, bez prawa do własnego zdania.

Dlaczego to jest przemoc?

Ponieważ nie wspiera ona autonomii, nie buduje zaufania do siebie i do własnych uczuć. Jest prostsza dla dorosłych, ale niszcząca dla rozwoju dziecka.

Alternatywa jest trudniejsza, ponieważ wymaga relacji, rozmowy, tłumaczenia świata i zdolności radzenia sobie z własną frustracją.

Z tym, że dziecko nie zawsze będzie uległe, że nie zawsze zareaguje „na żądanie”.

I właśnie w tym miejscu spotykamy się z myślą Jespera Juula, duńskiego pedagoga, który mówił wyraźnie: autonomia i granice są prawami dziecka, a rolą dorosłego nie jest kontrolowanie, lecz towarzyszenie.

Dziecko potrzebuje dorosłego, który jest przewodnikiem i partnerem w relacji: obecnym, stabilnym, ale nie dominującym.

Kogoś, kto pomaga dziecku osadzić się w swojej odrębności i jednocześnie daje poczucie bliskości oraz bezpieczeństwa w relacji.

Podobnie mówił Janusz Korczak, który wyprzedził swoje czasy o całe dekady, przypominając:

„Nie ma dzieci, są ludzie.”

Tylko że o innym wymiarze pojęć, innym zasobie doświadczenia, innej grze uczuć.

To myślenie stawia dziecko w miejscu podmiotu, nie przedmiotu wychowania.

Istoty, która ma prawo do własnych emocji, granic i przeżywania świata na swój sposób.

Jak więc można komunikować się inaczej, bez szantażu i strachu, a w dialogu?

Zamiast:

„Jak nie posprzątasz, to Mikołaj nie przyjdzie.”

Można powiedzieć:

„Widzę, że nie masz teraz ochoty sprzątać. Rozumiem to. Potrzebujemy jednak uporządkować pokój, żeby było tu bezpiecznie i przyjemnie. Jak chcesz to zrobić? Najpierw zabawki czy książki?”

Zamiast:

„Jak mnie kochasz, to zjedz wszystko.”

Można powiedzieć:

„Decydujesz, ile zjesz. Ja dbam o to, żeby jedzenie było zdrowe i regularne. Jeśli zgłodniejesz później, wrócimy do posiłku.”

Zamiast:

„Bądź grzeczny, bo inaczej zobaczysz!”

Można powiedzieć:

„Widzę, że jesteś rozzłoszczony. To w porządku. Chodź, poszukajmy razem sposobu, żebyś mógł wyrazić to bez robienia sobie krzywdy.”

To komunikaty, które z jednej strony jasno stawiają granice, a z drugiej budują w dziecku poczucie wpływu, sprawczości i autonomii. Uczą, że emocje są ważne, że relacja nie jest warunkowa, że bliskość nie znika wraz z błędem.

Prawdziwe wychowanie nie polega na tresurze. Polega na budowaniu relacji.

A dziecko, które wie, że jest kochane nie „za coś”, lecz po prostu, ma szansę wyrosnąć na dorosłego, który potrafi ufać sobie i światu.

Przewijanie do góry