W świecie męskiego sportu, pełnym haseł o sile, twardości i „dowożeniu” pojawia się informacja, która na chwilę zatrzymuje ten rozpędzony mechanizm.
FC Barcelona ogłasza, że jej środkowy obrońca, jeden z kapitanów drużyny, Ronald Araújo prosi klub o przerwę.
https://www.bbc.com/sport/football/articles/c9895j40g26o
Nie z powodu naderwanego mięśnia czy urazu stawu.
Z powodu kryzysu psychicznego i potrzeby zadbania o własne zdrowie emocjonalne po serii błędów, czerwonej kartce w meczu z Chelsea i fali krytyki, która przelała się przez media i trybuny.
Klub potwierdza: Araújo jest fizycznie zdrowy, ale potrzebuje czasu na odbudowanie się psychicznie, bez określania daty powrotu, przy pełnym wsparciu trenera, władz i drużyny.
To, że mówimy o piłkarzu Barcelony – ikonicznego klubu, o jednym z liderów szatni, który w kulturze macho i w świecie męskiego futbolu mówi wprost: „potrzebuję przerwy, psychicznie nie daję rady” – jest wydarzeniem o ogromnym znaczeniu.
Dla świata sportu. Dla świata mężczyzn. Dla każdego chłopaka, który dorastał w klimacie „chłopaki nie płaczą”.
W tradycyjnych modelach wychowania wciąż pobrzmiewa ten sam komunikat:
nie płacz, ogarnij się, weź się w garść, nie bądź miękiszonem.
Badania nad męskim zdrowiem psychicznym od lat pokazują, że normy „twardej” męskości: samowystarczalność, nieokazywanie słabości, obniżają gotowość mężczyzn do szukania pomocy psychologicznej, a zgłoszenie się po wsparcie bywa odczytywane jako „utrata twarzy” w oczach innych mężczyzn.
To nie jest teoria z gabinetu.
Wprost widać to w statystykach: męskie problemy psychiczne są częściej niedodiagnozowane, a mężczyźni, mimo podobnej ekspozycji na wiedzę o depresji, rzadziej kierują się po profesjonalną pomoc niż kobiety.
Do tego dochodzi kontekst kulturowy.
Araújo pochodzi z kręgu kultury latynoskiej, gdzie wciąż mocno obecny jest archetyp mężczyzny silnego, nieugiętego, zbudowanego na dumie i honorze.
Przyznać publicznie, że psychicznie się sypię w takim kodzie kulturowym, to gest ryzyka.
I jednocześnie ogromnej odwagi.
Teraz dodajmy jeszcze jeden element: mówimy o jednym z kapitanów Barcelony, w jednej z najbardziej oglądanych dyscyplin świata, po głośnym, kosztownym w skutkach błędzie, w blasku reflektorów Ligi Mistrzów.
To wszystko razem tworzy tło, w którym jego decyzja, by poprosić o przerwę, brzmi nie jak komunikat o słabości, lecz jak przełom w definicji tego, czym ma być dojrzała męskość i odpowiedzialne przywództwo.
Szatnia sportowa ma swój własny klimat. Jeśli ktoś trenował, dobrze wie, o czym mowa.
Ja to doświadczenie mam: do około siedemnastego roku życia spędzałem czas na treningach piłkarskich i koszykarskich. Wiem jaką specyfikę ma szatnia, która ednocześnie bogata jest w:
– „heheszkowanie”: żarty, docinki, często jazda po bandzie,
– rywalizacja ego: kto jest mocniejszy, szybszy, twardszy,
– testowanie słabości: każde potknięcie może stać się paliwem motywacyjnym, ale bywa też okazją do upokorzenia;
– braterstwo broni: poczucie wspólnoty, „my kontra reszta świata”;
– współdzielony kod: w którym cierpienie i wątpliwości najlepiej przerabia się w żart albo w milczenie.
To właśnie w takiej kulturze Araújo mówi: „stop, nie mam zasobów, muszę się zatrzymać”.
To ważne również dlatego, że takich głosów wciąż jest bardzo mało w męskim sporcie.
Zestawiając ten gest z historiami sportowców, którzy zaciskali zęby aż do autodestrukcji, widzimy dwie przeciwne drogi:
– jedną, w której mężczyzna staje do walki o swoje zdrowie psychiczne,
– i drugą, w której wewnętrzny wstyd, lęk przed oceną i utratą statusu prowadzą do tragicznych zakończeń.
Jedną z najbardziej poruszających historii tego drugiego scenariusza jest życie i śmierć bramkarza reprezentacji Niemiec, Roberta Enke.
W książce „Życie wypuszczone z rąk” Ronald Reng opisuje wieloletnią depresję bramkarza Hannoveru 96 i reprezentacji Niemiec, jego perfekcjonizm, ogromną presję oraz narastającą spiralę cierpienia, która przez lata była starannie maskowana.
Enke, uznawany za jednego z najlepszych bramkarzy Bundesligi, 10 listopada 2009 roku odebrał sobie życie, rzucając się pod pociąg.
Ta książka to nie jest „sensacja” o piłkarzu, który „nie wytrzymał presji”.
To precyzyjny, intymny obraz tego, co dzieje się w psychice mężczyzny, gdy ból, lęk i wstyd są chowane pod powierzchnię tak długo, aż stają się nie do udźwignięcia, także dla ciała.
To jedna z najważniejszych lektur dla:
– samych sportowców,
– mężczyzn żyjących w kulturze „muszę dowieźć”,
– ich rodzin i bliskich,
– trenerów, sztabów, działaczy.
Zawiera też ważne odpowiedzi:
– jakie sygnały mogą być wołaniem o pomoc,
– jak wspierać, a nie dokładać presji,
– w jaki sposób sportowa narracja o „byciu twardym” może niechcący zabijać.
To wszystko nie jest abstrakcją.
Pracuję z mężczyznami, którzy przyszli nie dlatego, że nagle „uwierzyli w psychoterapię”, ale dlatego, że „coś przestało działać”:
– pływacy, którym „uciekło czucie wody”,
– zawodnicy sportów walki, którym ciało zamiera w kluczowym momencie,
– piłkarze, którzy zaczynają popełniać proste błędy,
– biegacze, którym nagle ciężeją nogi, choć przygotowanie fizyczne jest takie jak zawsze.
Łączy ich pewien punkt zwrotny:
zauważenie, że kryzys sportowy nie jest wyłącznie „spadkiem formy”, ale konsekwencją kryzysu psychicznego.
Badania z ostatnich lat wyraźnie pokazują, że:
– objawy zaburzeń psychicznych u sportowców zwiększają ryzyko kontuzji w kolejnych sezonach,
– wysoki poziom stresu, lęku, wypalenia i depresji wiąże się z osłabieniem koncentracji, zaburzeniami snu, gorszą regeneracją i „rozregulowaniem” reakcji mięśni,
– istnieje dwukierunkowa relacja: gorszy dobrostan psychiczny zwiększa ryzyko kontuzji, a powtarzające się urazy mogą pogłębiać objawy depresji i lęku.
Innymi słowy: jeśli głowa jest w chronicznym kryzysie, ciało prędzej czy później to pokaże.
U wielu mężczyzn – również tych, z którymi pracuję – to właśnie ciało staje się pierwszym „terapeutą alarmującym”:
– napinając się,
– łapiąc kontuzje,
– tracąc płynność ruchu,
– odmawiając współpracy dokładnie wtedy, gdy najbardziej „powinno działać”.
W praktyce gabinetowej widzę powtarzający się wzorzec:
„Przyszedłem, bo chcę wrócić do formy. Zacząłem zauważać, że to nie kwestia tylko treningu, ale tego, co się dzieje w środku.”
To jest moment, w którym mężczyzna daje sobie szansę, zamiast dalej wpychać psychiczny ból pod dywan.
Nie chodzi o to, żeby każdy spadek nastroju czy słabszy mecz traktować jak diagnozę choroby.
To normalne, że emocje się wahają, że zdarzają się gorsze tygodnie.
Kluczowe pytanie brzmi: kiedy to, co się dzieje, przestaje być epizodem, a zaczyna być stanem, który się pogłębia?
Poniżej zbieram psychoedukacyjne wskazówki, oparte na badaniach i klinicznych kryteriach depresji oraz innych kryzysów psychicznych, które mogą pomóc mężczyznom (i ich bliskim) lepiej się zorientować, co się dzieje.
1. Poziom poznawczy: jak pracują Twoje myśli
Zwróć uwagę, czy przez co najmniej dwa tygodnie (często dłużej) coraz częściej zauważasz u siebie:
– spadek koncentracji: trudniej Ci utrzymać uwagę na zadaniu, treningu, rozmowie,
– „mgłę poznawczą”: czujesz się zamglony, spowolniony, decyzje zajmują więcej czasu,
– natłok negatywnych myśli o sobie: „jestem do niczego”, „zawodzę”, „wszyscy widzą, że się sypię”,
– czarne scenariusze: automatyczne wyobrażenia przyszłości wyłącznie w kategoriach porażki,
– ruminacje: wracanie w kółko do błędów, potknięć, wpadek, odtwarzanie ich na „wewnętrznym wideo”,
– trudność w podejmowaniu decyzji: zwykłe wybory zaczynają przytłaczać, odkładasz je, boisz się, że każda decyzja będzie zła.
To, co istotne: nie chodzi o jednorazową gorszą noc czy tydzień po dużym stresie. Chodzi o utrzymujący się wzór, coś, co zjada Twoją sprawczość i pewność siebie dzień po dniu.
2. Poziom somatyczny i emocjonalny: co mówi Twoje ciało i uczucia
Ciało często reaguje wcześniej niż głowa przyzna: „mam problem”.
Badania pokazują, że w depresji i przewlekłym stresie typowe są:
Sygnały z ciała:
– przewlekłe napięcie mięśniowe, szczególnie kark, barki, szczęka, plecy;
– nawracające bóle głowy, brzucha, „ściśnięty żołądek”,
– zaburzenia snu: trudności z zasypianiem, częste wybudzenia, wczesne wybudzanie się lub przeciwnie: nadmierna senność,
– zmiany apetytu: albo „zajadanie napięcia” albo utrata łaknienia,
– wolniejsza regeneracja, uczucie „wiecznego zmęczenia”,
– większa podatność na kontuzje, przeciążenia, mikrourazy, które „nie chcą się goić”.
Sygnały emocjonalne (szczególnie u mężczyzn):
U mężczyzn depresja i kryzys psychiczny często nie wyglądają jak „smutek i łzy”, tylko jak:
– drażliwość, wybuchy złości, „krótki lont”,
– narastająca irytacja „na wszystko i wszystkich”,
– uczucie emocjonalnego odrętwienia, „nic mnie już nie cieszy”,
– wstyd z powodu własnych przeżyć, „dorosły facet tak nie powinien się czuć”,
– poczucie bycia przytłoczonym, przeciążonym, bez wyjścia.
Jeżeli takie stany utrzymują się większość dni w tygodniu, przez co najmniej dwa tygodnie, zaczynają wpływać na funkcjonowanie zawodowe, rodzinne, sportowe, to mówimy już o czymś jakościowo innym niż „gorszy nastrój”.
3. Poziom behawioralny: co widać w Twoich zachowaniach
To często sygnały, które szybciej zauważają inni niż my sami.
Typowe są:
– wycofanie: ograniczanie kontaktów, mniej odzywania się na grupach, unikanie spotkań, treningów „dla przyjemności”,
– pracoholizm lub „treningoholizm”: dokładanie sobie zadań, jednostek treningowych, nadgodzin, żeby nie czuć,
– wzrost używek: alkohol „na rozluźnienie”, leki bez recepty, substancje psychoaktywne;
– ucieczka w ekrany: kompulsywne scrollowanie, gry, pornografia,
– częstsze ryzykowne zachowania: agresywna jazda samochodem, konflikty, bójki, impulsywne decyzje,
– zaniedbywanie rzeczy, które wcześniej były ważne: treningu jakościowego, pasji, relacji z bliskimi.
Jeśli widzisz u siebie kombinację sygnałów z poziomu poznawczego, somatyczno – emocjonalnego i behawioralnego, które trwają co najmniej dwa tygodnie, nasilają się, utrudniają Ci funkcjonowanie w ważnych obszarach życia (sport, praca, rodzina), to nie jest już „incydent”. To jest stan, który wymaga uwagi, najlepiej profesjonalnej.
Badania nad zdrowiem psychicznym mężczyzn pokazują jasno:
– mężczyźni częściej milczą,
– bardziej boją się stygmatyzacji,
– częściej niż kobiety „leczą się sami” alkoholem, pracą, nadmiernym treningiem, zamiast sięgać po pomoc.
Jednocześnie wiemy, że ok. 1/3 elitarnych sportowców doświadcza istotnych problemów psychicznych: w tym depresji, lęku, wypalenia, a presja wyniku, mediów, kontuzji i oceny publicznej dodatkowo zwiększa to ryzyko.
Na tym tle decyzja Araújo o przerwie, historie sportowców, którzy wybierają terapię jako część powrotu do formy oraz moje doświadczenia z pływakami, zawodnikami sportów walki, piłkarzami, biegaczami w gabinecie są czymś więcej niż „ciekawym wątkiem medialnym”.
To konkretny, potrzebny model dla mężczyzn:
Jeżeli chcę wrócić do formy sportowej, zawodowej, życiowej, jednym z elementów treningu jest zadbanie o zdrowie psychiczne.
To nie jest słabość.
To jest odpowiedzialność.
Wspólnym mianownikiem wielu męskich historii, które słyszę w gabinecie, jest moment, w którym pojawia się wewnętrzne zdanie:
„Już wiem, że to nie jest tylko ciało. Muszę zająć się głową.”
Od tego momentu zaczyna się praca nad:
– regulacją napięcia i lęku,
– zmianą sposobu myślenia o sobie i błędach,
– odbudową poczucia wpływu,
– uczeniem się proszenia o wsparcie bez poczucia upokorzenia,
– zauważaniem sygnałów z ciała zanim zamienią się w kontuzje.
To jest właśnie ten punkt, w którym danie sobie prawa do terapii staje się formą siły, a nie „plamą na honorze”.
W świecie, w którym wciąż zbyt wielu mężczyzn umiera samobójczą śmiercią, a depresja i inne zaburzenia nastroju są jednym z głównych czynników ryzyka, przeformułowanie tego, co nazywamy męskością, nie jest „fanaberią poprawności”.
Jest kwestią życia i śmierci.
Jeśli czytając to, myślisz:
„cholera, coś z tego brzmi jak ja” , to nie znaczy, że „coś jest z Tobą nie tak”.
To może znaczyć, że Twój organizm poprzez myśli, ciało, emocje i zachowanie wysyłają sygnał: „jest za dużo, sam nie ogarniam”.
Możesz wtedy:
– porozmawiać z kimś zaufanym i powiedzieć wprost, co się z Tobą dzieje,
– skonsultować się z psychologiem / psychoterapeutą,
– jeśli objawy są silne, długotrwałe, pojawiają się myśli rezygnacyjne, zgłosić się do lekarza psychiatry.
Jeżeli jesteś w stanie ostrego kryzysu, masz myśli o tym, że nie chcesz żyć, potraktuj to jak stan nagły: skorzystaj z całodobowych telefonów zaufania, pomocy interwencji kryzysowej, zgłoś się na izbę przyjęć szpitala psychiatrycznego lub SOR.
To nie jest dowód słabości.
To jest dokładnie ten gest, który dziś wykonuje Araújo: „stop, potrzebuję pomocy, chcę o siebie zadbać”.
I być może właśnie dzięki takim historiom z boiska, z szatni, z gabinetu, kolejne pokolenia mężczyzn zaczną rozumieć, że:
siła to nie brak kryzysów, tylko gotowość, by się nimi zająć, zanim będzie za późno.


