Mam czterdzieści pięć lat z plusem.
Moja żona mówi: maksymalnie dwadzieścia.
Ja sam czuję się raczej na piętnaście.
Nie chodzi o wiek metrykalny, ani o infantylność.
Chodzi o coś znacznie ważniejszego: o dziecięcą ciekawość świata, odwagę do eksperymentowania i spontaniczność, które wielu z nas traci na drodze życia: w domu, w szkole i w pracy, ucząc się zamiast tego wstydu, uległości i dostosowania.
I dziś właśnie o tym chcę dziś napisać.
O potrzebie pielęgnowania w sobie dziecięcej dezynwoltury:
spontaniczności,
ciekawości świata i ludzi
oraz dziecięcej odwagi do eksperymentowania.
Postaw, które w dorosłym życiu wielu z nas ma skutecznie poodcinane.
Nie z powodu braku zdolności.
Nie z powodu „dojrzałości”, ale w wyniku wieloletniego treningu wstydu społecznego:
„Co ludzie powiedzą?”
„Nie wychylaj się.”
„Nie kombinuj.”
„Nie przesadzaj.”
Do tego pamięć ciała: napięcie mięśniowe zapisane przez lata krytyki, ocen, porównań i presji skuteczności.
Wyścigu o wynik.
O dowiezienie.
O bycie najlepszą wersją siebie, której oczekuje świat.
Po pierwsze: dom rodzinny
Wielu z nas dorastało w domach opartych na hierarchii, nie na relacji.
Na posłuszeństwie, nie na dialogu.
Na lęku, wstydzie i poczuciu winy, a nie na ciekawości i zaufaniu:
„Starszy wie lepiej.”
„Dzieci i ryby głosu nie mają.”
„Pokorne cielę dwie matki ssie.”
„Czekaj, to cię zauważą.”
I nie, nie mówię o braku zasad.
Brak hierarchii opartej na lęku nie jest brakiem granic.
Jest przestrzenią do uczenia się granic w relacji, bez wyłączania spontaniczności i ciekawości świata.
Po drugie: system szkolny
System edukacji, którego fundamenty sięgają XIX wieku i modelu pruskiego, wciąż w dużej mierze premiuje podporządkowanie zamiast autonomii. Uczeń ma się dostosować, nie kwestionować, nie komplikować procesu.
A przecież dojrzałość nie rodzi się z uległości.
Rodzi się z możliwości myślenia, interpretowania świata po swojemu, popełniania błędów i uczenia się różnicy między „to jest moje” a „to już nie jest moje”.
Wymaga to siły temperamentu.
Wsparcia dorosłych.
Zgody na to, że autonomia i współpraca nie są swoimi przeciwieństwami.
Po trzecie: praca zawodowa
Dla wielu ludzi praca staje się współczesnym galernictwem:
„zaciśnij zęby”,
„nie dyskutuj”,
„rób swoje”,
„byle do przelewu”.
Bez spójności z wartościami.
Bez miejsca na osobowość, ciekawość, sens.
Bez kontaktu ze sobą.
A wtedy frustracja nie znika.
Ona tylko zmienia formę w cynizm, bierną agresję, gorzknienie i międzypokoleniowe przenoszenie napięcia:
„Skoro ja swoje wycierpiałem, to ty też masz.”
I dlatego…
Dom.
Szkoła.
Praca.
Trzy etapy, które zajmują nam dekady życia i potrafią skutecznie odciąć od tej dziecięcej części, dzięki której chce nam się chcieć.
Dzięki której jesteśmy ciekawi, żywi, w ruchu.
Dzięki której nie twardniejemy od środka.
Z mojego doświadczenia terapeutycznego, korporacyjnego i osobistego wynika jedno:
dorosły, który ma zintegrowaną dziecięcą ciekawość, a jednocześnie stoi w dojrzałości, podejmuje decyzje w odpowiednim momencie.
Czuje timing.
Wie, kiedy coś jeszcze zasila, a kiedy już się wypaliło.
I wtedy możliwe są zmiany:
odejścia z miejsc pracy, które przestały karmić,
wychodzenie z relacji, które już nie żyją,
szukanie dalej nie z ucieczki, ale z kontaktu ze sobą.
Dziecięca ciekawość osadzona w dorosłej mądrości nie jest naiwnością.
Jest odwagą życia w zgodzie ze sobą.
Dlatego w tym świąteczno – noworocznym czasie, kiedy refleksji jest więcej, niż zwykle, dzielę się tym prostym przekonaniem:
tę ciekawość, spontaniczność i gotowość do eksperymentowania warto pielęgnować przez całe życie.
Mając kilka lat.
Mając czterdzieści pięć plus, ponieważ można mieć siwe włosy, a w sercu ciągle maj.
Czego sobie i Wam z całego serca życzę.


